"Psychol. Początek" TOM 1

Kto tu jest drapieżcą, a kto ofiarą? Mroczna gra, w której miłość rodzi się z czystego szaleństwa.

Piotr bez owijania w bawełnę mówi o sobie: jestem psycholem. Makabryczne dzieciństwo i totalny brak bliskości zniszczyły w nim jakiekolwiek ludzkie odruchy. Nie wie, czym jest współczucie, a tym bardziej miłość. Potrafi za to doskonale robić jedno – polować. Kiedy na jego celowniku pojawia się kolejna dziewczyna, Piotr rusza na łowy. Nie ma jednak pojęcia, że jego idealna, słodka ofiara... sama jest bezwzględnym myśliwym.

Marta straciła wszystko, co miało dla niej sens. Przeszła przez piekło, bezradnie patrząc, jak jej ukochana siostra Sara stacza się na dno nałogu, sprzedaje za kolejną działkę i umiera w męczarniach. Marta doskonale wie, czyja to wina. Całą nienawiścią obwinia Maksa – dealera, który wciągnął Sarę w świat prostytucji i brutalnie odebrał jej życie. Teraz Marta żyje tylko jednym: żądzą krwawej, bezlitosnej zemsty.

Jedna noc. Jeden pociąg. Dwa instynkty zabójcy.

Przypadek – lub przewrotny los – krzyżuje ich drogi w przedziale pociągu. Oboje wyszli tej nocy na łowy. Gdy ich spojrzenia się spotykają, rozpoczyna się niebezpieczna rozgrywka, a granica między drapieżcą a zwierzyną błyskawicznie się zaciera.

Czy dwoje ludzi tak głęboko skrzywionych przez los, żyjących w świecie brutalności i demonów, jest w stanie poczuć coś prawdziwego?

„Psychol – Początek” to bezkompromisowa, mroczna i poruszająca do głębi opowieść o tym, że nawet z najczarniejszego mroku można wyjść ku światłu.

e-book - 32,00 zł

FRAGMENT:

Epilog

Patrzył mu w oczy, widział w nich kpinę i oczekiwanie na kolejny ruch. Ewidentnie był pewien, że to on jest górą. Pewnie czuł ból więzów krępujących mu nadgarstki z kostkami nóg, jak i rozcięcia skóry na głowie, w którą otrzymał cios. Krew wciąż sączyła się z rany, ściekając po skroni, policzku, aż do brody.

Wyraz twarzy zmienił się w zaskoczenie, ten w zrozumienie, a w końcu w panikę. Zaprzeczał temu, na co patrzy, kiwając przecząco głową, wiedząc, że oto nadszedł koniec. Próbował się wyrwać, gdy igła płynnym ruchem wbiła się w żyłę przedramienia. Przestał w momencie, gdy tłoczek wcisnął zawartość strzykawki, wpompowując ją w jego ciało. Teraz już tylko czekał na nieuchronną śmierć. Ta przyszła błyskawicznie, rozrywając serce, a tym samym zatrzymując jego pracę, odcinając dopływ tlenu do ciała.

Źrenice rozszerzyły się, gdy zaskoczony mózg pojął, że za kilka chwil stanie się bezużytecznym organem. Kawałkiem mięsa, który za dosłownie minuty zacznie powolny proces rozkładu.

Nadszedł dzień sądu, nieuchronna śmierć, kara za zło, które uczynił kobietom. Nadszedł koniec.

Rozdział 1

Narodziny zła

Piotr od zawsze wiedział, że jest złym człowiekiem.
Stał się taki dzięki matce. Temu, co mu zaserwowała w dzieciństwie. To ona go ukształtowała, zrobiła z niego psychola. Tak o sobie myślał i nie próbował z tym walczyć. Zaakceptował ten fakt i zrobił z niego tarczę ochronną. W dorosłym życiu nie raz myślał, że może, a tym bardziej, że powinien się z tego leczyć leczyć. Zrobić coś, co pozwoliłoby mu wpasować się w społeczeństwo. Taki jestem – myślał, dając sobie przyzwolenie na bycie złym człowiekiem. Postanowił coś odwrotnego. Życie niezgodne z prawem i paranie się zajęciem, przynoszącym mu profity i przyjemność zarazem, lecz będące poza normami społecznymi.

Zaczęło się od tego, że zupełnie przypadkiem wszedł na szyfrowaną stronę internetową „Zniszcz ją!”. Tak krzyczał nagłówek na górze strony, zdjęcia szokowały tym, co przedstawiały. Drżącą, spoconą ręką skrolował stronę, przewijając w dół. Kolejne zdjęcia zmieniały szok w podniecenie. Gdy załączył film umieszczony na podstronie, nie wytrzymał. Rozpiął rozporek, wyjął sztywnego już penisa i kilkoma ruchami doprowadził się do orgazmu. Gwałtownie, wręcz boleśnie, bez uczucia ulgi, którą czuł zazwyczaj po samogwałcie.
Miał wtedy ledwie szesnaście lat, poznawał zakątki internetu, a to odkrycie zmieniło go na zawsze.

Nienawidził matki, i to przez nią brzydziły go kobiety. Nie wyobrażał sobie pocałunku z którąkolwiek, a te napastowały go słownie, a bywało że i fizycznie. Podobał im się.

Matka nie dała mu niczego, co powinna ofiarować jako kobieta, która go urodziła. Musiał jednak przyznać, że otrzymał dobre geny. Ojciec był nieznany, temat unikany. Nie pamiętał, by używała słowa „tata”. Po prostu nie było tematu ojca. Piotrek podejrzewał, że to raczej ten mężczyzna nie chciał znać tak jego, jak i matki. Jeśli w ogóle dowiedział się o tym, że spłodził syna.

Faktem było, że matczyne dni płodne skusiły jakiegoś przystojnego fagasa, po którym odziedziczył tak posturę, jak i ładną buźkę.
Piotr starał się wyrzucić z pamięci twarze mężczyzn, którzy przewinęli się przez niewielkie mieszkanko, wynajmowane przez matkę. Najszczęśliwszym momentem w życiu był ten, gdy zabrano go do domu dziecka, odebrano tej suce. Tak o niej myślał i to bez wyrzutów sumienia. Był natomiast wdzięczny sąsiadce, starszej kobiecie, która wezwała policję, a tym samym przerwała linię smutnego życia w norze, w której spędzał dzieciństwo.

Co noc matka obsługiwała jednego, czasami dwóch mężczyzn równocześnie. Piotr zwykle podczas jej, jak to ładnie nazywała – spotkań, spał w łazience, w otrzaskanej i pożółkłej wannie. Miał do dyspozycji jedynie koc, którym się owijał. Nieprany od wielu miesięcy, śmierdzący, ale był wyłącznie jego i zapewniał mu namiastkę bezpieczeństwa. Za poduszkę służył mu stary, wysłużony miś. Wymiętoszony, przesiąknięty łzami, które wylał podczas samotnych nocy. Łazienka była schronieniem i tylko czasami któryś z kochanków matki wchodził, by się załatwić. Wtedy Piotruś nakrywał się szczelniej kocem, starając się nie słyszeć odgłosów załatwiania potrzeby fizjologicznej.

Nie potrafił zapomnieć nocy, gdy pijany osiłek pomylił ubikację z wanną i wysikał się wprost na Piotrka. Maluch nie drgnął nawet, bojąc się rozgniewać obcego człowieka. Nie usnął już tej nocy, nie śmiał też opuścić wanny. Bał się, a raczej był przerażony. To się na szczęście skończyło, gdy odebrano go matce.

W domu dziecka spędził raptem dwa miesiące. Był ładnym chłopcem, więc szybko znalazł dom, czy raczej został wybrany. Pewna rodzina szukała dziecka, które mogłaby adoptować. Nie chcieli niemowlaka, obawiając się wad ukrytych, wynikających z pochodzenia z rodziny patologicznej. Woleli takie, które mogliby zbadać, stwierdzić poziom inteligencji i rozwoju intelektualnego. Szczupły, wysoki siedmiolatek z ogromnymi, zielonymi oczami spełnił ich kryteria z zapasem. Piekielnie inteligentny, wyjątkowo sprawny fizycznie odznaczał się na tle rówieśników. Pieniądze nowych rodziców przyspieszyły procedurę adopcyjną.

Piotrek zamieszkał w pięknym domu, został wysłany do prywatnej szkoły i od tej pory miało mu już niczego nie brakować. Niczego, jeśli nie liczyć miłości matczynej, której i tak nie poznał, więc za nią nie tęsknił.
Ojczym był politykiem, a Piotruś miał stanowić dopełnienie oprawy jego wizerunku. Tym właśnie był – oprawą i nie przeszkadzało mu to. Miał dach nad głową, bezpieczny kąt, jedzenie i bezpieczeństwo.
Gosposia stała się zastępczą babcią i to ona czasami poczochrała mu czuprynę, przytuliła, zainteresowała się tym, co czuje chłopiec. Macocha była wyniosłą, oziębłą uczuciowo kobietą. Jej zdolności aktorskie wznosiły się na wyżyny, gdy organizowała przyjęcia dla znajomych męża. Uśmiechnięta, wesoła, emanująca udawaną miłością tak do Piotra, jak i do męża, odgrywała szopkę na użytek fotografa. Ten każdorazowo przyjeżdżał i uwieczniał te pełne sztucznych zachowań spotkania wysoko postawionych ludzi. O dwudziestej dziękowano fotografowi, odprawiając go. To samo tyczyło się Piotrka, a on to przyjmował z ulgą. Mógł wreszcie w samotności poznawać tajemniczy świat Internetu i uczyć się.

Jako trzynastolatek potrafił już bardzo wiele. Założył własną stronę w Internecie, testował, poznawał, choć celniejszym określeniem byłoby to, że chłonął z siłą kosmicznej, czarnej dziury. Zaczął też pisać programy, a te sprzedawał za niewielkie pieniądze.

Jako dwudziestosiedmioletni facet, utrzymywał się z działalności przestępczej, która była również jego hobby. Wyprowadził się od przybranych rodziców i tylko czasami dawał znać, że żyje. Nie tęsknił za nimi, czuł wdzięczność za umożliwienie mu startu w życie i nic ponadto.

W tym co robił, uważał siebie za artystę, a to co robił, było w jego odczuciu dziełem sztuki.
Podczepił się pod serwisy społecznościowe, na których inni poszukiwali porad prawnych. Napisał program, który wyławiał mężczyzn pytających o sprawy związane z rozwodem. Wysyłał do wybranych osób mail z krótką informacją o tym, że zna rozwiązanie ich problemów. Jeśli otworzyli wiadomość, ale nie kliknęli, by przejść dalej pod adres, który im podał, wrzucał ich na listę nieaktywnych potencjalnych klientów. Gdy jednak przeszli pod wskazany adres, zatwierdzili kilka ostrzeżeń o bulwersujących treściach, a w końcu obejrzeli stronę, którą dla nich przygotował, ich adresy mailowe przechodziły do wstępnej listy klientów. Ci mężczyźni mieli dostęp do strony przez dziesięć minut. Później przekierowywał ich na inną, gdzie mogli się zapisać na listę abonentów portalu kobieta-suka.pl. Po upływie kwadransa na podany adres przychodziło hasło dostępu i link kolejnego miejsca w globalnej sieci. Tam, jeśli nie uciekli z witryny internetowej, znów byli testowani pod kątem reakcji na treści i jeśli nie opuszczali miejsca przez dłuższy czas, przekierowywał ich na stronę docelową. Tu mogli wynająć tajemniczego zleceniobiorcę, którym był on sam. Oferował możliwość spreparowania dowodów winy żony. Zainteresowanie przewyższyło oczekiwania Piotra, dzięki czemu już po pierwszym zleceniu potroił opłatę główną i zastrzegł możliwość doliczenia kwoty kosztów bieżących. Mężczyźni decydowali się, bo o wiele więcej zyskiwali na rozwodzie z orzeczeniem winy żony, którą była zdrada. Usługi Piotra były drogie, ale oferowały wyjątkowe bonusy po zakończeniu świadczenia usługi.

Była niedziela, padał deszcz, aura nie napawała optymizmem, nie nastrajała do opuszczenia mieszkania. Od tygodnia codziennie padał deszcz, rozmywając obraz za szybami i zniechęcając do spacerów po mieście. Drzewa wypuściły już świeże, młode liście i czuć było budzącą się do życia przyrodę.

Obecnie zleceniem Piotra była kształtna brunetka. Obserwował ją od miesiąca, podczas którego potwierdziła się wersja jej męża. Kobieta doprawiała mu rogi i aż dziw bierze, że ten mieścił się z nimi we własnym aucie. Dwóch kochanków, bardzo rzadko jeden. Czasami seks party, którego organizatorką była ona. Śledził jej maile i profil na Tinderze. Brzydziła go, ale i fascynowała zarazem. Przykład rozbuchanej seksualnie suki w czystej formie. Obrzydliwa, ale i kusząca, by ją ukarać.
Piotr udokumentował zdradę. Już ten materiał dowodowy wystarczyłby do orzeczenia winy żony, ale nie tego po nim oczekiwano. Mąż chciał upokorzenia żony i Piotr doskonale go rozumiał. To co planował uczynić, miało zakneblować jej usta, zniewolić i ubezwłasnowolnić. Miało dać też satysfakcję zdemaskowania obrzydliwej części jej kobiecej natury i pozwolić mężczyźnie odzyskać choć odrobinę godności.

Nienawidził takich kobiet. Podobne do jego matki, rozwiązłe, za nic mające obowiązki kobiety. Ta była lepsza, bo chociaż dbała o własne dzieci.

Co z tego? Zniszczyła męża, poniżyła go, złamała męską dumę. Wydała tym samym wyrok na siebie. Piotr nie dopuszczał myśli o litowaniu się nad nią. Mało tego – cieszył się na to, co miało nadejść.
Wiedział, że brunetka jedzie poprowadzić wykład. Mąż poinformował go, na który pociąg wykupiła bilet.

Ponieważ widział jej kochanków, to wiedział, w jakim typie mężczyzn gustuje kobieta. Niewiele musiał zmieniać w ubiorze i fryzurze. Garnitur, płaszcz, aktówka i okulary. Szedł za nią, po drodze zatrzymał się tylko, by kupić kawę w automacie. Wybrał napój, co chwilę zerkając w kierunku obiektu. Brunetka na szczęście zatrzymała się, by na rozkładzie odnaleźć peron. Dogonił ją, ale nie zbliżał się zbytnio. Na tyle, by mieć ją na oku. Na peronie stał kilkanaście metrów od niej. Wsiadł do sąsiedniego wagonu i gdy drzwi zamknęły się z sykiem, ruszył w kierunku przedziału, który wybrała. Miał wykupione wszystkie miejsca w przedziale. Jeśli żaden idiota korzystając z okazji nie wciśnie się na wolne miejsce, będzie miał najbardziej sprzyjające okoliczności. On, ona i kawa z domieszką specyfiku, po którym wyprowadzi brunetkę z pociągu.
Poczuł dreszcz ekscytacji, umiejscawiający się mrowieniem w dole brzucha.

- Dzień dobry. – Skinął głową, udając zaaferowanie otwieraniem drzwi nogą. – Czy mogłaby pani… - urwał, podając jej jeden z papierowych kubków z plastikowym wieczkiem. – Na sekundę.

Uśmiechał się przy tym rozbrajająco wiedząc, jak ten uśmiech działa na płeć przeciwną.
Kobieta przyjęła kubek, odstawiła na maleńki blat rozkładanej półki. Pociąg przyhamował, kubek przesunął się, pasażerka odruchowo objęła palcami tekturę.

- Jeśli lubi pani cappuccino, to proszę się częstować. – Wskazał kubek, zdejmując równocześnie płaszcz, udając zaaferowanie wykonywaniem tej prostej czynności. – Kolega miał jechać tym pociągiem, ale wezwali go skomplikowanego do porodu.

Na twarzy kobiety walczyła nieufność, zaciekawienie jego osobą i coś jeszcze, co ten zinterpretował jednoznacznie. Rozważała za i przeciw temu, by wdać się w bardziej poufałą rozmowę. Obawiała się jednak obcego, ale Piotr był zbyt dobrym obserwatorem i wiedział, jak zareagować.

- Przepraszam, zagalopowałem się, ale to przez zmęczenie. – Przeczesał włosy palcami, pochyli l się z wyciągniętą dłonią. – Krzysztof Kanicki, miło mi.
- Doktor Krzysztof? – Widział, że czuje potrzebę, by to doprecyzować.

W odpowiedzi kiwnął z uśmiechem głową.. Nie chciał wchodzić w szczegóły. Tak było bezpieczniej.

Uśmiechnęła się, mrużąc oczy.

– Kawa słodzona? – Jej chłodne palce objęły ciepłą dłoń Piotra.

Pomyślał, że cała ta kobieta, najmniejszy nawet ruch, emanuje chłodem. Zamierzał to zmienić. Zatańczy, jak on jej zagra. Nie będzie chłodna, ale gorąca, głośna i bezwolna.

- Och, nie. – Udał zmartwionego. – Sławek nie słodzi, więc…
- To dobrze – przerwała mu, unosząc kubek do ust. Pociągnęła łyk, nie spuszczając oczu z jego ust. – Nie lubię słodyczy. Nie słodzę kawy. Wolę inne łakocie, niż ten produkt instant.
- To tak, jak ja. – Usiadł naprzeciw, pozwalając sobie na spojrzenie na kształtne kolana i uda, opięte grafitową spódniczką.

Była jego, więc musiał już tylko poczekać. Specyfik zacznie działać i pozna to po jej nieobecnym, szklącym się spojrzeniu. Wtedy pomoże jej wstać, poprowadzi do wyjścia i opuszczą pociąg.
Symulował lekkie zdenerwowanie, poprawiając ułożenie ciała na fotelu, poluzowując krawat. Kobieta była pewna zdobyczy. Widział drapieżne spojrzenie i cień wzgardy wykrzywiający usta.
Tak łatwo przychodziło mu rozgryzanie ludzi, rozpracowywanie tego, co nimi kieruje.
Zbyt łatwo. Już go to nudziło. Zapragnął, by ktoś go wreszcie zaskoczył.

Jak mawia stare porzekadło: „Uważaj, o co prosisz.”