"Psychol. Spirala zła" TOM 2

Kiedy myślisz, że piekło się skończyło... ono dopiero zaciska pętlę.

Próbowali uciec, zapomnieć i wrócić do rzeczywistości, którą znali, zanim ich drogi makabrycznie się skrzyżowały. Okazuje się jednak, że z powrotem do dawnego życia jest jak z posklejaniem rozbitego lustra – po prostu się nie da.

Piotr traci swój niszczycielski instynkt. Bezwzględny dotąd „psychol” przestaje widzieć sens w polowaniu na ludzi, bo jego umysł, ciało i duszę bez reszty zawładnęła jedna kobieta. Choć nie są już razem, on nie potrafi odpuścić. Obserwuje Martę z ukrycia, a to, co czuje, dawno już przekroczyło granice zwykłego pożądania. Stało się niebezpieczną, chorą obsesją.

Marta tymczasem próbuje posklejać swoją codzienność, ale los bezlitośnie rzuca jej pod nogi kolejne kłody. Po odejściu Tadeusza zostaje sama i nie jest w stanie utrzymać mieszkania po babci. Finansowe dno to jednak nic w porównaniu z koszmarem, który właśnie wyciąga po nią swoje brudne łapska.

Przeszłość żąda krwi i... dokończenia seansu. Jeden z najbardziej zwyrodniałych klientów nieżyjącego dilera Maksa powraca, by dokończyć makabryczne dzieło – brutalny film, którego nagrywanie przerwano w piwnicy podziemnego seksklubu. Jego główną aktorką ma być właśnie Marta.

Wyścig z czasem i potworem: Czy Piotr zdoła okiełznać własne demony i zdąży na czas, by po raz kolejny wyrwać Martę z rąk kata?

Policja kontra instynkt zabójcy: Jaką rolę w poszukiwaniach dziewczyny odegra komisarz Marcel Zieliński? Czy stróże prawa nie staną się przeszkodą w brutalnej wendecie?

Spirala nienawiści ruszyła. Przygotuj się na emocjonalny rollercoaster i zakończenie, które wbije Cię w fotel!

e-book - 32,00 zł

FRAGMENT:

Prolog

Jej płacz brzmiał niczym muzyka. Prośby o to by przestał, tylko wzmagały jego dreszcze. Przygniótł ją sobą, napawając się jej delikatnością, kruchością i bezbronnością. Nie mogła go odepchnąć, nie miała jak zewrzeć ud, by go w siebie nie wpuścić. Nie zamierzał się powstrzymywać, bo robił to, co kochał najbardziej. Łamał jej opór, wypełniając sobą, wchodząc mocnym pchnięciem w skurczoną z bólu kobiecość. Krzyknęła, załkała, a jego zalała ekstatyczna przyjemność. Wsączyła się w uszy wraz z pełnym cierpienia skowytem i rozeszła po ciele, pulsując w żyłach żywym ogniem, pompowana przez rozszalałe w ekstazie serce.

Czuł, że jest w niebie, że mózg zalewa światło, a dreszcze rozkoszy obejmują każdy mięsień, napinają go w drodze ku spełnieniu. Drżał na całym ciele. Zaczął jęczeć i dyszeć w zlepione od potu włosy dziewczyny, dlatego nie od razu zrozumiał, co się dzieje. Ból przeszył mu prawy bok, jakby ktoś wbił rozpalony sztylet tuż nad biodrem. Krzyknął, znieruchomiał i uniósł się na łokciu. Spojrzał w zalane łzami oczy kobiety, którą tak bardzo polubił brać siłą, czerpał przyjemność z zadawania bólu. Przestała go prosić o litość, wiedziała, że nic tym nie wskóra. Czekała aż skończy, zaleje ją sobą, zejdzie z niej i zostawi w spokoju. W tej chwili coś rozdzierało jego ciało, a szaleństwo, które dojrzał w jej przekrwionych oczach, powiedziało mu wszystko. Wciągnął ją do piekła. Tam, gdzie sam dotąd żył. Teraz byli w nim razem. Oboje stali w ogniu, lecz to ona była górą, choć to on właśnie się w nią spuścił i posiadł osłabione ciało.

Uklęknął między jej udami i spojrzał w miejsce, z którego tak dotkliwie promieniował ból. To był pomalowany białą emalią drut, gdzieniegdzie pokryty plamkami rdzy. Jeden koniec wciąż trzymała dziewczyna, reszta zniknęła w ciele.

– Ty kurwo – wystękał, próbując złapać ją za rękę.

Była szybsza, wyciągnęła drut, po czym zamachnęła się i ponownie wbiła go w jego brzuch z całą dostępną siłą. Chciał zareagować, bronić się, może nawet uciec. Nie potrafił jednak się ruszyć. Bezradnie patrzył, jak metal to zatapia się, to wyłania, masakrując powłoki brzuszne.

– Zdychaj! – krzyknęła, dźgając go pod różnymi kątami. – Umieraj, ludzka gnido! – Na zmianę łkała, dyszała i zanosiła się histerycznym śmiechem.

Głos dziewczyny go ocucił. Zamachnął się, by odtrącić jej rękę, w wyniku czego stracił równowagę. Opadł na nią, udało mu się objąć jej przedramię, zacisnąć na nim palce. Usłyszał chrupnięcie i cichy trzask, jakby krucha gałąź się pod nim złamała.



Rozdział 1

Złudzenia


Piotr siedział przed ekranem komputera i tępo się w niego wpatrywał. Patrzył na skrzynkę, w której czekały maile od zleceniodawców. Wiedział, co w nich znajdzie. Prośby o przygotowanie dowodów zdrady kobiety, czyli to, czym dotąd się zajmował.

Czy będę w stanie to robić? – Upił łyk zimnej już kawy, ze zmarszczonym czołem patrząc na nieotwarte wiadomości i stojące za nimi losy ludzi. – A może właśnie powinienem?!

– Jak to mówią „klin klinem” – mruknął, najeżdżając kursorem na pierwszy mail.

Poczuł cień nadziei, że możliwy jest jeszcze powrót do tego, co było. Uporządkowanego życia, które prowadził przed spotkaniem Marty, skrzywdzeniem jej i uratowaniem, a w końcu przed zabiciem tego skurwiela – Maksa.

To, że nie poczuł wyrzutów sumienia po zabójstwie, utwierdziło go w przekonaniu, że był nienormalny. Nie czuł nic, poza ulgą, że udało mu się uratować dziewczynę. I mimo ogromnego wysiłku, nie potrafił o niej zapomnieć.

– Nie myśleć o różowym słoniu? – parsknął, wstając. – Jasne!

Wiedział, że im bardziej będzie się starał wyrzucić ją z głowy, tym intensywniej będzie mu ona krążyła w myślach. Skoro tak, to zrobi coś, co zaćmi myślenie o dziewczynie. Przyjmie zlecenie, dowie się wszystkiego o żonie klienta, uprowadzi ją, przeleci i nagra jej gotowość do seksu.

– Klin klinem – mruczał pod nosem, otwierając lodówkę.

Nadszedł czas lekkiego posiłku, później kilku godzin pracy, po których poćwiczy, a po kolejnym posiłku wróci do pracy. Wszystko według starego, utartego planu. Bez odstępstw i niepotrzebnych emocji. Tych, od których odgrodził się murem, w którym Marta wydłubała dziurkę i zaglądała przez nią w jego umysł.

– Zakleję tę dziurkę i pogrubię zasieki. – Wbił dwa jajka do kubka, wlał trochę mleka, dodał szczyptę soli i rozmieszał je widelcem. – Może nawet wykopię fosę.

Nie podobał mu się ciągły, rozedrgany niepokój, który towarzyszył mu od momentu spotkania dziewczyny. Od czasu, gdy wtedy w pociągu po raz pierwszy w życiu postanowił złamać własne zasady i uprowadził ją.

– Nigdy więcej! – Wylał jajka na rozgrzaną patelnię, zaczął je mieszać, kreśląc drewnianą łyżką powolne kółka, w końcu ósemki. – Żadnych odstępstw od planu.

Jak to mówią: „Chcesz rozśmieszyć Boga? Opowiedz mu o swoich planach”.


***

– Nie idziesz dzisiaj do pracy? – Marta zwróciła się do Tadka, który o tej porze zazwyczaj wychodził na nocną zmianę.

– Nie, dzisiaj mam inne plany. – Uśmiechnął się nieśmiało, jakby krępował się wyjawić wielką, ale też wstydliwą tajemnicę.

– Ooo? – Ostrożnie wyraziła zaciekawienie.

Nie chciała naciskać, tym bardziej że sama okłamywała go nie raz, nie mówiąc już o ukrywaniu prawdy. Szczególnie w ostatnich tygodniach. Będzie chciał, to powie. Widać nie miał jednak takiego zamiaru, bo dopił herbatę, umył kubek, odstawił go na suszarkę, po czym rzucił krótkie „cześć”, wyszedł z kuchni. Po kolejnych pięciu minutach usłyszała zamykające się drzwi wejściowe i w mieszkaniu zapadła cisza.

Marta miała nadzieję, że Tadeusz nie ukrywał niczego niepokojącego i że nie wplątał się w jakąś głupotę. Nie podejrzewała go o to, bo Tadek nie był takim typem człowieka. To pod jej wpływem robił to, do czego go nakłoniła, a co było niezgodne z prawem i społecznymi zasadami moralnymi.

– I co teraz? – Nagła myśl zaskoczyła ją oczywistością.

Zemściła się, Maks nie żył. Nie miała już po co ćwiczyć ogłuszania mężczyzn. Co za tym idzie, nie było powodu, by polowała na frajerów.

– Frajerów – mruknęła pod nosem, włączając czajnik i zdejmując kubek z haczyka zawieszonego na ścianie. – To ja wyszłam na frajerkę, bo dałam się podejść.

Czajnik pstryknął, oznajmiając gotowość wrzątku do wlania do kubka. Szum gotującej się wody ucichł i jedynym, co dało się teraz słyszeć, były dobiegające zza ściany odgłosy rozmów. Cichutkie, stłumione, choć zapewne mówiono dosyć głośno. W mieszkaniu Marty słychać było tylko szum freonu w cienkich rurkach lodówki, ich bulgotanie niczym w jelitach żywego stworzenia. Na szczęście to skojarzenie nie powstało w myślach Marty. Od niego tylko krok dzielił ją do wspomnienia wydarzeń w piwnicy i tego, co spotkało nieznajomą kobietę.

– Wszystko przez ciebie – westchnęła, patrząc niewidzącym wzrokiem w dal za oknem. – I wcale nie jest mi z tym źle.

***


Marcel znał nagranie na pamięć. Twarz dziewczyny udało się wyodrębnić i przekazał Radkowi, by ten wrzucił ją do programu rozpoznawania twarzy. Przy odrobinie szczęścia pozna jej personalia. Kim jednak był mężczyzna z przydługimi włosami? Wyglądało na to, że nie wiedział o kamerze. Mimo to ani razu nie obrócił się do jej obiektywu tak, by dać możliwość uchwycenia go w lepszym ujęciu. Zresztą, gdyby wiedział, to pewnie zabrałby rejestrator ze sobą. Na potwierdzenie tezy miał to, że monitoring obiektu został wyczyszczony. Nie było zapisu ostatnich dwudziestu czterech godzin sprzed wydarzenia.

– Sprytny koleś – mruczał pod nosem, przysuwając twarz do monitora. – Aż za sprytny. To przez ciebie straciłem kupę kasy.

Rozparł się wygodnie w obrotowym fotelu i zapatrzył w ekran. Znał każdą kolejną sekundę zapisu i ruchy tego niemego przedstawienia trzech aktorów. Jednego z nich znał, ale ten nie żył. Dziewczynę miał nadzieję znaleźć i była po temu duża szansa. Intuicja podpowiadała mu, że tożsamość trzeciego, anonimowego człowieka jest kluczowa. Nie wiedział dlaczego, ale jednego był pewny – znajdzie go i odzyska utracone profity. Od niego, dzięki niemu, a może z nim.

Nagranie skończyło się, obraz na ekranie pokazywał ostatnie ujęcie – plecy nieznajomego, gdy opuszczał piwnicę z dziewczyną w ramionach. Marcel odepchnął się od oparcia i włączył ponownie odtwarzanie. Miał podskórne wrażenie, że wciąż umykało mu coś ważnego. Patrzył na to, ale tego nie widział. Z praktyki wiedział jednak, że w końcu zobaczy to coś i rozpozna.

Pochylił się do przodu i, mrużąc w skupieniu oczy, ponownie analizował nagranie.

***

Poniedziałek rano – pobudka, pięć kilometrów nabitych w szybkim tempie na bieżni, a następnie ćwiczenia na maszynach. Zmęczenie i zaostrzony apetyt każdorazowo sprawiały, że śniadanie smakowało wyśmienicie. Świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, do tego kilka kromek pełnoziarnistego chleba razowego, sałatka warzywna, grillowana pierś z indyka oraz jajko sadzone. Po takim śniadaniu Piotr był gotowy, by przystąpić do pracy.

Przyjął zlecenie. Wcześniej podniósł stawki w nadziei, że klienci oburzą się i odmówią. Nazwałby to zrządzeniem losu, które miało zdecydować za niego. Łudził się, choć w głębi duszy wiedział, że nie ma ceny zaporowej dla zdradzanego mężczyzny, który dzięki jego pracy może więcej zyskać niż stracić. Dla jednych tym czymś było odzyskanie swoich żon, mieli dowody ich niewierności, a tym samym bat na nie. Dla innych te dowody stanowiły podstawy do wygrania sprawy rozwodowej z orzeczeniem o winie. Dla każdego były odzyskaniem męskości, którą stracili, kiedy zmienili się w kogoś słabego i bez mocy. On tę moc im oddawał, a w każdym razie tak to sobie dotąd tłumaczył.

Teraz sam również musiał ją odzyskać. Wraz z mocą i sens pracy. Poczuć go, by powrócić do normalności. Bez Marty i tego, co działo się z nim w jej obecności.

Piotr nie wnikał w pobudki klientów. To była ich osobista sprawa i nie odpowiadał w żaden sposób na rzewne maile, pełne opisów zranionych męskich uczuć. Dla niego to była praca.

– Kogo my tu mamy?

Przyjrzał się przesłanemu w mailu zdjęciu. Z niechęcią stwierdził, że zarówno posturą, jak i długością włosów kobieta – żona klienta i jego przyszły obiekt – przypominała mu Martę.

Czy teraz już zawsze będzie mi siedziała w głowie? – Zacisnął zęby, starając się odepchnąć myśli o niej.

Zły na siebie zaczął przeszukiwać bazy danych. Musiał zdobyć całą dostępną wiedzę o zdrowiu atrakcyjnej kobiety, o tym, jak i gdzie spędza wolny czas, a także, na co wydaje pieniądze. To ostatnie było najłatwiejsze i mówiło o żonach klientów najwięcej.