"Psychol. Karma" TOM 3

Spokój to tylko złudzenie. Przeszłość nigdy nie wybacza.

Po dramatycznych wydarzeniach życie Piotra i Marty w końcu wraca do normy. Wspólne mieszkanie ma być dla nich nowym otwarciem, ale cienie przeszłości nie dają o sobie zapomnieć.

Detektyw Marcel również próbuje poukładać swój świat na nowo, choć wciąż męczą go wyrzuty sumienia po ostatniej sprawie. Promykiem nadziei staje się dla niego Natasza — dziewczyna ocalona z rąk Garego, która z każdym dniem fascynuje go coraz bardziej.

Wystarczy jednak jedna iskra, by pozorna stabilizacja legła w gruzach. Jeden telewizyjny wywiad, udzielony na polecenie przełożonego, uruchamia lawinę koszmaru. Świat Marcela rozpada się z dnia na dzień, a seria z pozoru nieszczęśliwych wypadków zaczyna zbierać tragiczne żniwo. Z pomocą detektywowi ruszają Piotr i Marta, ale wyścig z czasem dopiero się zaczyna.

Czy spadające na Marcela tragedie to tylko ponury zbieg okoliczności? A może to nieuchronna karma za grzech zaniechania z przeszłości?

Mroczne tajemnice detektywa wreszcie wychodzą na jaw.

Jak wysoką cenę przyjdzie mu zapłacić za błędy sprzed lat?

e-book - 32,00 zł

FRAGMENT:

Prolog

Patrzył na człowieka, którego nienawidził bardziej, niż kogokolwiek w dotychczasowym życiu. Właściwie to dotąd nie darzył nikogo aż tak silnie negatywnymi emocjami. Teraz szczerze i bezbrzeżnie czuł wstręt, złość i chęć unicestwienia tego człowieka. Patrzył na jego złamany nos i wciąż czuł na wierzchu dłoni impet siły uderzenia, gdy przestawiał go pięścią. Jego krew miał na kościach dłoni. Było mu mało, bo ilość strachu, która przez to ludzkie ścierwo znalazła się w jego życiu zmieniła go, czyniąc złym człowiekiem. Zawsze był zły, ale starał się tłumić tę część natury. Teraz nie potrafił, bo przez niego obudził się w nim mrok.

- Wiesz, jak napisano w biblii? - Sięgnął po kanister, odkręcił zatyczkę wężyka, wetknął go w usta wpółprzytomnego mężczyzny. - Oko za oko, rana za ranę, pręga za pręgę. - Złapał go za nos, więżąc między zgiętym palcem środkowym i wskazującym, zatykając go, nie zważając na fakt, że ten zaczyna się krztusić. - Chciałeś mi odebrać to, co w życiu najcenniejsze, więc ja odbiorę ci to, co masz ty. - Cofnął rękę, człowiek zaniósł się kaszlem, krztusząc się benzyną, próbując wypluć ją z ust, wykasłać z przełyku. - Przez ciebie staję się zły. - Sięgnął do kieszeni, wyciągnął z niej zapalniczkę. - Z własnej woli nie zrobiłbym czegoś tak karygodnego, ale czyniąc zło, sprawiam że dzięki temu świat stanie się lepszy. - Wytarł dłoń z benzyny, odsunął się w tył. - Na chwasty najlepszy jest ogień, trzeba je wypalić. - Odpalił zapalniczkę, rzucił nią w mężczyznę. - Ze spalonych chwastów powstaje nawóz, dzięki któremu ziemia będzie żyźniejsza. I dziękuję ci za wskazówkę, jaki kierunek powinienem wybrać w życiu. Gdyby nie ty, pewnie nie dotarłbym do tego.

Odstąpił jeszcze krok w tył, nogą przechylając kanister tak, że ten przewrócił się na leżącego. Płomienie objęły dół ciała, nogawki zaczęły płonąć, mężczyzna drgnął, odzyskując przytomność. Próbował się podźwignąć, wesprzeć na przedramionach. Ból go cucił, włączył instynkt przetrwania. Chciał krzyknąć, nawet nabrał powietrze w płuca. Niestety usta, policzki i cała pierś były mokre od benzyny. Krzyknął tylko raz, bo już po chwili ogień wdarł się do ust wraz z wciąganym powietrzem i dalej do przełyku i głębiej w płuca. Płonęły policzki i włosy, powieki skwierczały pod czułymi pocałunkami płomieni. Nie zdołał już krzyknąć, nie wydał żadnego dźwięku. Spazmy bólu wstrząsały ciałem, by po kilku kolejnych uderzeniach serca znieruchomieć. Ciało umarło, stało się popsutą, niepotrzebną już powłoką. Dusza opuściła je, nadeszła pora oczyszczenia. Za ból zadany przez jej właściciela, za zło, którym obdarował niewinne istoty.

Rozdział 1

Opiekun

Piotr stał przed drzwiami sali szpitalnej i oddychał głęboko, by się uspokoić. Na jednym z łóżek leżała Marta. Lekarz pozwolił na odwiedziny, stan zdrowia pozwalał na to. Piotr zwlekał, starając się ogarnąć wszystko to, co działo się w jego umyśle. Właściwie określiłby to mianem szaleństwa, bo nie potrafiłby inaczej nazwać nadmiarów, które zalewały go endorfinami, a równocześnie skuwały lodem wnętrze i kończyny.

Przemknęła mu przez głowę myśl, że lepiej mu było, gdy nie znał Marty, a praca stanowiła jedyny sens jego życia. Momentalnie zdusił ją, przypominając sobie, co obiecywał Bogu w zamian za ocalenie Marty i oddanie mu jej całej i zdrowej.

Po prostu się boję! - Dotarło do niego to proste odkrycie. - Stąd chęć ucieczki. Tchórz!

Nazwanie rzeczywistości pomogło. Nie był strachliwy i coś tak idiotycznego jak lęk przed porażką nie mogło go powstrzymać przed wejściem do sali. Obiecał to Bogu, obiecał sobie, zaklinając rzeczywistość, by mu nie odbierała Marty. Wtedy, gdy bał się, że ją straci, gdy nie wiedział gdzie jest i kto mu ją zabrał.

Nacisnął klamkę, wszedł z kołaczącym w szaleńczym rytmie sercem. Nie mrugał oczami, nie oddychał nawet, skupiając się na zarejestrowaniu każdego szczegółu tego momentu, tej ważnej chwili.

Drzwi otwierały się powoli, zbyt wolno jak na rozedrganie Piotra. Odsłaniały kolejne centymetry obrazu, który wbijał się właśnie w oszołomiony umysł.

Jasno grafitowa posadzka pokryta tłumiącą dźwięki wykładziną i białe, połyskujące politurą kafle na ścianach. Zimne, nieprzyjemne światło płynące z lamp wpuszczonych w sufit i cisza panująca w pomieszczeniu.

Piotr stanął w otwartych drzwiach, przebiegając wzrokiem po leżących na łóżkach osobach. Łóżka stały cztery w jednym rzędzie i każde było zajęte. Jego wzrok spoczął na tym ustawionym najbliżej okna. Na miękkich nogach podszedł, z zachwytem rejestrując widok dziewczyny, przez którą czuł tak wiele.

Leżała na brzuchu, z odsłoniętymi plecami. Większą powierzchnię nagiej skóry pokrywały opatrunki. Piotr skrzywił się, jakby coś go zabolało. Tak to odebrał, jak fizyczny ból, choć to przecież ona była poraniona. Nie zauważał nikogo poza Martą, toteż nie widział przyglądających mu się kobiet. Zapomniał o powitaniu i po prostu podszedł i stanął przy posłaniu.

Przez dłuższą chwilę Marta nie zauważyła gościa. Leżała, tkwiąc we wpół śnie, nie mogąc przekręcić się na plecy. Ciepłe powietrze wpływało do sali szpitalnej przez uchylone okna, muskając jej ciało i przywodząc wyłącznie pozytywne myśli.

Uratowano ją. Je obie, Nataszę również i stało się to dzięki szalonemu pomysłowi wysadzenia samochodu, na który wpadła ona Marta. Miała dużo szczęścia, że nie zginęła na miejscu, ale najwyraźniej miała po prostu farta, bo pomimo trzykrotnego bycia porwaną, nie skrzywdzono jej. Z drugiej strony mogła to być wyłącznie kwestia reakcji obronnych jej umysłu. Ktoś inny miałby traumę i tonął w depresji, wymagał opieki psychiatrycznej i leczenia. Ona nie potrzebowała, ale podskórnie czuła, że miało to ścisły związek z tym, że los związał ją z Piotrem. To on wypełniał jej myśli w najgorszych chwilach i do wspomnień pocałunku i dotyku jego ust uciekała w sytuacji, która niejedną osobę doprowadziłaby do szaleństwa. Patrząc na gwałt, na brutalne zabawy innych, pobicie i maltretowanie kobiet, zmykała się w umyśle w miejscu, które nazwałaby pokoikiem wspomnień. Była w nim z Piotrem, jego spojrzenie pozwalało jej się utrzymać w stanie emocjonalnym, który stał się ochroną przed atakującym ją złem i cierpieniem. Teraz też tkwiła w tym pokoiku i aż skręciło ją na wspomnienie cudownego zapachu sandałowej nuty perfum Piotra. Czuła je tak wyraźnie, jakby stał obok. Westchnęła, otworzyła oczy i omal nie podskoczyła na łóżku.

- Piotr! - Zaskoczenie poderwało ją do siadu, w efekcie skrzywiła się, czując ból gojącej się na plecach skóry.

Wyciągnięto z niej kilkanaście skrawków szkła, które rozpędzone siłą wybuchu powbijały się w skórę, niektóre ugrzęzły głęboko, inne ledwie drasnęły ją, zostawiając niewielkie, płytkie rany.

- Cześć. - Piotr uśmiechnął się słabo, nie wiedząc co począć z rękoma.

Wsadził dłonie do kieszeni i stał, czując się jak totalna fujara.

- Zaczekasz na zewnątrz? Za chwilę przyjdę i z chęcią przejdę się trochę – poprosiła Marta widząc jego zakłopotanie i rejestrując równocześnie zainteresowanie leżących na pozostałych łóżkach kobiet.

- Ok. - Wycofał się cicho widząc, że podnosząc się, Marta obnaża przód ciała.

Zbyt wiele przy niej czuł i za dużo działo się w jego głowie, by pozwolił sobie na swobodę przy prawie nagiej dziewczynie. Za drzwiami odetchnął głęboko, po czym usiadł na ławce pod ścianą, czekając na nią.

Drzwi cicho skrzypnęły, po czym niepewnym krokiem, rozglądając się w poszukiwaniu Piotra, wyszła z sali i stanęła w progu.

- Przyszedłeś odwiedzić etatową ofiarę? - przywitała go z uśmiechem.

- To wcale nie jest zabawne – odpowiedział, wstając i podchodząc do niej. - Faktycznie przyciągasz kłopoty, ale zamierzam ci w tym przeszkodzić.

Starał się nie zauważyć faktu, że cienka, zielona, flizelinowa bluzka, którą Marta założyła na siebie tak, by plecy były odkryte, niewiele zakrywała. Piotr wyraźnie widział sutki prześwitujące przez cienki, szpitalny materiał i zastanowiło go, czy aby nie ma już lekkiej obsesji na punkcie jej piersi.

- Niby jak chcesz to zrobić? - zapytała z pobłażliwą miną. - Będziesz mnie pilnował? A może założysz mi elektryczną obrożę do namierzania? Widziałam taki film – zaśmiała się. - Jak odejdę zbyt daleko, to wybuchnie mi głowa.

Jakbyś ty wiedziała ile prawdy jest w tych słowach. - Uśmiechnął się krzywo, wspominając nadajnik ukryty w naszyjniku, który jej podarował.

Prowadziła Piotra ku schodom prowadzącym na niewielki dziedziniec okolony z trzech stron murami szpitala. Z niego wiodło zejście po paru schodkach do parku szpitalnego. Kilka osób spacerowało, bądź siedziało na ławkach. Ktoś przyszedł tu zapalić, ktoś inny porozmawiać przez telefon.

Piotr patrzył na dziewczynę, którą najchętniej wziąłby od razu w ramiona, zaniósł do samochodu i zawiózł do siebie do domu. Nie wypuszczał jej, lecz pilnował nawet, gdyby tego nie chciała i oporowała przeciwko. Zastanawiał się przez cały wcześniejszy dzień, jak nakłonić ją do tego, co wymyślić. W końcu doszedł do wniosku, że po prostu oznajmi swoje plany i nawet jeśli postanowi protestować, to oczywiście pozwoli jej na to, ale nie ustąpi i dopnie swego.

Już to przerobił – wahał się i poniósł za to karę. Prawie ją stracił, z całą pewnością cierpiał i nie zamierzał popełnić błędu. Uczucie zostawiło w nim ślad i nie chciał go zamazywać, by mieć do czego wrócić, gdy ponownie ogarną go wątpliwości.

- Myślałem o tym i widzę jedno rozwiązanie – mówiąc, patrzył przed siebie. Wolał nie widzieć wyrazu jej twarzy. Nie ufał sobie i obawiał się, że się zatnie, gdy choćby cień grymasu przemknie po jej twarzy. - Zamieszkasz ze mną. U mnie.

Wypowiedział to zdanie i poczuł ulgę. Nie cofnie powiedzianego i dobrze. Przygotowywał się do tego, zastanawiając się, czy głos mu nie zadrży, czy Marta się nie wścieknie. Ona tymczasem zatrzymała się, jakby wmurowało ją w chodnik w miejscu, w którym aktualnie stała. Miała nawet wrażenie, że szczęka jej opadła. Dosłownie, rozdziawiła buzię i trwała w zapatrzeniu w plecy Piotra, który nie zauważywszy jej zaskoczenia szedł przed siebie.

- Ale że co?! - Nie wytrzymała w końcu, a to poskutkowało wybuchem. - Jak to mam u ciebie zamieszkać?!

Piotr zatrzymał się i widząc osłupienie Marty nie powstrzymał uśmiechu. W krótkich spodenkach, które odkrywały zgrabne nogi i zielonej, flizelinowej bluzce wyglądała zabawnie. Włosy spięła w nieforemny kok z boku głowy, by pasma nie drażniły poranionej skóry.

- Normalnie – podszedł do niej, założył za ucho jeden z kosmyków, który opadł jej na czoło i powiewał poruszany ciepłymi podmuchami wiosennego wiatru. - Nie będziesz mieszkała sama. Tadeusz już się wyprowadził i widać, że niespecjalnie interesuje się twoimi losami.

- Skąd to wiesz? - Zmarszczyła czoło, cofając się o krok.

Zrobiła to głównie po to, by nie czuć zapachu Piotra, bo przez to nie potrafiła się skupić na jego słowach.

- Rozmawiałem z nim, gdy cię szukałem. - Spoważniał, przypominając sobie strach, który skuł lodem jego serce w momencie, gdy dowiedział się, że Marta zniknęła i nie sposób ją namierzyć. - Marto, nie chcę tego znowu przeżyć. - Podszedł do niej jeszcze bliżej, ostrożnie dotykając jej policzka. - Myślałem, że to koniec. Że tym razem cię nie odzyskam. Chcę mieć pewność, że jesteś bezpieczna.

- Umiem o siebie zadbać. - Marta była oszołomiona, mimo to włączył się w niej wewnętrzny opór przed poddaniem się czyjejś woli.

- Wiem i doceniam to, że się wyrwałaś z łap kolejnego świra, ale to ja na ciebie to ściągnąłem i czuję się za to odpowiedzialny – mówiąc to, muskał kciukiem jej dolną wargę. - Więc jeśli nie odrzucam się swoim towarzystwem, to pozwolisz mi się sobą zaopiekować, zmieniać ci opatrunki. Wiesz, że znam się na tym i jeśli będzie trzeba, to zrobię ci nawet zastrzyk w pupę.

Martę zatkało. Poczerwieniała niczym piwonia, ale nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa.

- Czyli postanowione – mruknął Piotr, pochylając się do oszołomionej dziewczyny i musnął jej wargi swoimi.

***

Marcel zasępiony siedział we własnej sypialni. Rolety były zaciągnięte tak, by nie wpuszczać światła słonecznego. Na szafce nocnej stała butelka z Jamesonem, obok szklanka z topiącą się kostką lodu. Dolał kolejną porcję alkoholu, po czym upił łyk, krzywiąc się przy tym.

- Twoje zdrowie, chuju – wzniósł toast nieco bełkotliwym głosem. - Że też kurwa musieliśmy się poznać. Ja pierdolę!

Zamachnął się, wysyłając szklankę z niedopitym trunkiem w kierunku ściany. Ta roztrzaskała się o nią, rozpryskując na dziesiątki kawałków. Bursztynowy płyn spłynął po jej powierzchni, zostawiając plamę na białym tynku.

Rozdział 2

Przesłuchanie

- Nie może pan zbyt długo rozmawiać z pacjentką. - Lekarz był nieugięty i nie ustępował mimo groźnej miny, w jaką Marcel przyoblekł twarz. - Miała dużo szczęścia, że drut ominął tętnicę biodrową. Centymetr w lewą stronę i nie miałby pan świadka, bo wykrwawiłaby się w kilka minut.

- Ale panie doktorze… - Marcel nie chciał przyjąć do wiadomości odmowy.

- Komisarzu, nie ma mowy! - Lekarz zaplótł ramiona na piersi. - Ta dziewczyna jest słaba i odwodniona. Jakby tego było mało, została też brutalnie zgwałcona, ma wybite ramię i przekłutą dłoń! To ofiara gwałtu! - powtórzył z mocą, widząc zaciętą zawziętość Marcela.

Marcel zacisnął usta, patrząc na lekarza spod byka. Od kilku dni był wrakiem człowieka. Nie potrafił spać, ani jeść. Przed oczami wciąż widział twarz przyjaciela, czy raczej człowieka, którego dotąd za niego uważał. Dodatkowo czuł się winny tego, że naprowadził go na dziewczynę Piotra - Martę. Nie wziął od niego pieniędzy, choć Piotr chciał mu je przelać zgodnie ze słowną, zawartą przez nich umową.

- Ma pan pięć minut – podkreślił lekarz z naciskiem. - I ani sekundy dłużej.

Marcel skapitulował widząc, że upór nie przyniesie żadnego efektu i wszedł do niewielkiej sali. Stało w nim jedno łóżko, obstawione po bokach groźnie wyglądającą aparaturą. Z jednej strony monitor cicho popiskiwał, z drugiej widział tylko wskaźnik pulsu dziewczyny. Kreska wypiętrzała się na ekranie regularnie, by opaść i znów podskoczyć. Podszedł bliżej, spojrzał na leżącą w pościeli dziewczynę. Była drobna, blada i wyglądała wyjątkowo młodo. Pochylił się nad nią, niepewny co zrobić. Nie chciał jej budzić, a wyglądało na to, że spała.

- O cholera – szepnął do siebie, przyglądając się jej twarzy.

Wydała mu się najpiękniejszą istotą jaką kiedykolwiek widział. Delikatna, drobniutka, niczym wróżka. Trochę nierealna, aż poczuł chęć dotknięcia jej tak silną, że zamrowiły go opuszki palców. Bezwiednie sięgnął w jej kierunku, lecz nie zdążył jej dotknąć, bo otworzyła oczy i spojrzała w górę, wprost w jego, okolone zmarszczkami zmęczenia i kilkudniowego przepicia. Cofnął się prostując, jej spojrzenie powędrowało w ślad za nim. Zauważył w jej oczach cień strachu, przez co poczuł wyrzuty sumienia.

- Dzień dobry – przywitał się szybko. - Jestem komisarz Marcel Zieliński. Czy będzie pani w stanie odpowiedzieć na kilka pytań związanych ze sprawą… - urwał, zastanawiając się nad klasyfikacją tego, co stało się jej udziałem i tym, jak w miarę łagodnie określić to, co spotkało ją z rąk Grzegorza.

- Porwania i gwałtu? - dokończyła za niego. Słyszał zaśpiew w jej głosie i obcy akcent.

- T...tak – potwierdził zaskoczony.

- Dam radę. - Odchrząknęła, odetchnęła, jakby chcąc sobie dodać odwagi. - Pracuję w firmie sprzątającej biura i w dniu porwania jechałam do pracy na nocną zmianę - zaczęła szybko, jakby wcześniej przygotowała się do przesłuchania, ułożyła sobie w głowie opowieść i czekała tylko na okazję, by ją z siebie wyrzucić. - Ten mężczyzna uśpił mnie i ostatnie co pamiętam, to że byliśmy razem w widzie. Później obudziłam się w tamtym pomieszczeniu i byłam przywiązana do łóżka. – mówiła płynnie, twarz miała spokojną, co wydało mu się wyjątkowo dziwne. - Maltretował, w końcu zabił Kasię. To była dziewczyna, którą wcześniej przywiózł do pokoju. - Skurcz smutku przebiegł jej przez twarz.

- Czy myśli pani, że ta dziewczyna była pierwsza? – Nad tym zastanawiał się najintensywniej.

Zachodził w głowę, jakie były motywy Grzegorza. Sądził, że go zna i wie o przyjacielu wystarczająco dużo. Nie zadawał co prawda zbyt osobistych pytań, ale do cholerny! Nie jest babą, a to one wypytują o związki i bardziej intymne tematy.

Teraz patrząc na dziewczynę zachodził w głowę, czy gdyby zainteresował się nim bardziej i dopytywał o żonę i to, co dzieje się w jego domu rodzinnym, to uratowałby zmaltretowaną blondynkę.

Gdy patolog powiedział mu o wszystkim, co Grzegorz zrobił denatce, Marcel był w szoku. Nie dla tego, że ten potraktował jej ciało, jak nic niewartą zabawkę. Nie potrafił pojąć, jak ktoś, kto wiedzie z pozoru zwykłe życie, mieszka z rodziną i je z nią obiad, może być równolegle takim potworem.

- Mówił, że jeśli nie będziemy robiły tego, czego chce, to zrobi z nami to, co z pozostałymi. – Ciche słowa dziewczyny przerwały gonitwę myśli w głowie Marcela. – Więc chyba nie byłyśmy pierwsze.

- Proszę mówić – delikatnie ponaglił ją widząc, że smutek przygasza spojrzenie dziewczyny.

- Mówił dużo, szczególnie przed gwałtem.

Po tym zdaniu żołądek Marcela zwinął się w węzełek. Zakrył dłonią usta, rozglądając się spanikowanym wzrokiem po pomieszczeniu. Widząc drzwi w rogu ruszył ku nim, a już po chwili zawisł nad sedesem, pozbywając się jego zawartości. Było tego niewiele, głównie kwasy żołądkowe.

- Przepraszam, to chyba zatrucie – mruknął, gdy po kolejnej minucie wrócił do dziewczyny zły na siebie, że stracił cenny czas na torsje, zamiast wypytywać ją o okoliczności jej uwięzienia.

Natasza nic nie mówiła, a jedynie przyglądała mu się z lekkim uśmiechem. Patrząc na nią Marcel zachodził w głowę, jakim cudem zachowała pogodę ducha i udaje jej się nie panikować po tym, co spotkało ją z rąk Grzegorza. On – Marcel przeżywał to o wiele gorzej, choć przecież nie doświadczył tego co ta kruszyna.

- Proszę kończyć. – Drzwi otworzyły się, a w powstałej szczelinie pojawiła się głowa starszej kobiety. – Pan doktor mówił, że ma pan kilka minut. Czas minął.

- Jeszcze chwilę – poprosił zły, że dowiedział się tak niewiele. – Dosłownie dwie minuty! – podkreślił, widząc zmrużone oczy kobiety.

- Minuta! – rzuciła, po czym cicho zamknęła za sobą drzwi.

- Czy pamięta pani coś, co mogłoby pomóc w odnalezieniu wcześniejszych ofiar?

- Dużo tego było – przyznała smętnie.

- Będę potrzebował pani zeznań.

Musiał dowiedzieć się wszystkiego, co mogła mu powiedzieć o Grzegorzu. Łączyło się to z wydarzeniami z jego własnego życia i czuł, że oto nadeszła pora, by wyciągnąć tego trupa z szafy. Wiedział, że kiedyś nadejdzie ten dzień i będzie zmuszony coś z tym zrobić.

Karma to suka. – Napłynęło wspomnienie własnych słów, które pojawiły się w głowie nad zwłokami przyjaciela. – Suka wróciła i domaga się uwagi.

- To musi się pan pospieszyć z zadawaniem pytań. – Skrzywiła się, jakby mówiła o czymś nieprzyjemnym.

- Co ma pani na myśli?

- Przyjechałam do Polski za pracą, ale przez dłuższy czas nie będę się do niej nadawała. – Odwróciła wzrok, ale nim to zrobiła, zauważył w jasnych oczach smutek i łzy, którymi się zaszkliły. – Nie pracuję, więc nie zarabiam pieniędzy. Moje łóżko w wynajętym mieszkaniu już pewnie komuś przydzielono i nie zdziwiłabym się, jakby moje rzeczy były już spakowane i w torbie czekały, bym je zabrała z mieszkania. Tydzień, albo dwa i będę musiała wracać do kraju i czekać na wyzdrowienie, żebym mogła tu wrócić w poszukiwaniu pracy. Pewnie długo nie znajdę takiej dobrej, ja ta, którą miałam.

Marcela zaskoczył spokój, z jakim mówiła o tak diametralnych zmianach w życiu. Była praca i miejsce do życia, ale już go nie ma i czas wracać do tego, od czego się uciekło. Czy on równie łatwo zaakceptowałby utratę pracy i domu? Zdecydowanie nie!

Poczuł się odpowiedzialny za to, co spotkało Ukrainkę. Wiedział, że w Polsce przebywa legalnie, że pracuje od kilku lat i żyje z rodakami „na kupie” – takiego określenia używano, mówiąc o mieszkaniach zamieszkiwanych zbiorczo przez kilkanaście osób na kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Przemknęło mu przez głowę, że on sam nie potrafiłby żyć z kilkoma innymi facetami w jednym mieszkaniu. Lubił swój wypracowany komfort i współczuł tej dziewczynie. Dla niej to było osiągnięcie – przyjechać do Polski, mieć dach nad głową i zarabiać pieniądze w legalny sposób.

- Szukam gosposi. – Usta wypowiedziały słowa, nim umysł zarejestrował ich znaczenie. Nie chciał ich jednak cofnąć, bo równolegle zalało go uczucie ulgi. – Mieszkam w domu z ogrodem i przydałaby mi się kobieca ręka – mówił dalej, patrząc jej w oczy. – Jak pani wyjdzie że szpitala, to jeśli ma ochotę, może spróbować ogarnąć mój dom. Oferuję pracę i mieszkanie, bo dom jest spory, a mieszkam w nim sam. Jeśli się pani nie spodoba, to poszuka pani innej pracy, albo wróci do kraju.

Po ostatnim zdaniu zamilkł i zacisnął usta, jakby z obawy przed wypowiedzeniem niechcianych słów. Miał ochotę zapewnić ją, że z jego strony nie grozi jej nic złego, ale obawiał się, że zabrzmi jak zdesperowany świr. Tak naprawdę to czuł desperację i zapragnął, by dziewczyna przystała na jego propozycję. I nie działo się to że względów praktycznych, ale z pragnienia poznania jej sposobu myślenia. Zwyczajnie nie mieściło mu się w głowie to, że mimo tego, co ją spotkało, nie załamała się, lecz uśmiecha tak spokojnie. Zupełnie inaczej, niż dziewczyna, której wspomnienie regularnie atakowało go w snach.

- Zastanowię się nad tym – odpowiedziała ostrożnie.

- Oczywiście – przytaknął ciesząc się, że nie odmówiła od razu. – Zostawię swoją wizytówkę. – Sięgnął do kieszeni, wyjął portfel, a z niego kartonik i położył na szafce obok łóżka. – Pewnie przyjdę do pani jutro – cofnął się w kierunku drzwi, czując baczne spojrzenie dziewczyny. Na pewno go oceniała. Zapewne zastanawiała się, czy nie jest kolejnym wariatem. Nie czuł się na siłach, by wyjawić jej prawdę o przyjaźni łączącej go z Grzegorzem. Wtedy na pewno by się wystraszyła i odmówiła przyjęcia pracy u niego. – Proszę zdrowieć. - Skinął głową. – Do widzenia.

Zamknął za sobą drzwi i natrafił na groźny wzrok kobiety.

Pewnie pielęgniarka. – Ocenił jej wygodny strój, biały uniform i chodaki, które gdy szła w jego kierunku, wydawały na pokrytej gumolitem podłodze głuche klapnięcia.

- Do widzenia – rzucił krótko, po czym skierował się ku wyjściu.

Przed szpitalem wyciągnął paczkę Marlboro, a z niej papierosa. Wsadził filtr między wargi i zaczął oklepywać kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki,. Stare, pamiątkowe Zippo tkwiło tam, gdzie zawsze, w wewnętrznej kieszeni na piersi. Ulubiony klang poprzedzał buchnięcie płomienia na koncie, do nozdrzy doleciała woń benzyny. Zaciągnął się dymem papierosa, przymknął oczy i uniósł twarz ku słońcu.

Pojebało mi się to życie – przyznał w myślach. – Ale czy kiedykolwiek było dobre? Czy poza kilkoma chwilami szczęścia u boku Eweliny było dobrze? Praca, trudne sprawy i samotność. Trochę dupczenia, alkohol, czasami kreska koki.

- Chuj tam – splunął na trawnik przy schodach, na których stał, stwierdzając, że ogarnia go znienawidzona nostalgia i zaczyna rozgrzebywać złe wspomnienia.

Od dawna nie poddawał się podobnym nastrojom, zabijając negatywne myśli, tłamsząc je i zagłuszając w dobrze znany sposób. Zacisnął wargi na filtrze papierosa i mrużąc prawe oko, które zadymiał papieros, wyciągnął telefon z kieszeni i odpalił aplikację Tinder.