"Psychol. Pokuta" TOM 4

Zło jest jak Hydra.

W miejsce odciętej głowy pojawia się kolejna.

Miasto to dżungla, zagłusza wołanie o pomoc.

Zuza pochodzi z patologicznej rodziny.

Próbuje utrzymać się na powierzchni życia, ale gdy znika jej jedyna przyjaciółka, dziewczyna również chce iść w jej ślady, chce zniknąć.

Życie ratuje jej Olaf z telefonu zaufania, którego od tej chwili uważa za anioła stróża. To on przywraca jej wiarę w ludzi i w to, że poza szarością życia czeka na nią coś dobrego.

Zuza nie ma pojęcia, że najgorsze zło w swej przewrotności zawsze wygląda niewinnie i bezpiecznie.

Marcel i Natasza postanawiają dać sobie szansę.

Wyjeżdżają na urlop, aby razem z dziewczynkami odciąć się od traumatycznych wydarzeń ostatnich tygodni. Wyjazd ten jest sprawdzianem dla ich coraz mocniejszej, wzajemnej fascynacji.

Czy rodzące się uczucie może być lekarstwem na ich pokancerowane serca i dusze?

Czy odkrycie wszystkich kart nie zniszczy pozytywnego wrażenia jakie Marcel do tej pory robił na Nataszy?

Czy Zuzce uda się uratować z piekła do którego trafi?

Pierwsza część czwartego tomu serii Psychol zabiera nas w ciemne zakamarki handlu żywym towarem od chwili narodzin.

Książka (jak i poprzednie tomy) zdecydowanie jest przeznaczona dla czytelników 18+ o mocnych nerwach.

e-book - 32,00 zł

FRAGMENT:

Świat Zuzki

Zuzka siedziała w ciemnej łazience na brzegu wanny i starała się nie słyszeć dobiegającej zza drzwi kłótni. On znów jest nawalony, a ona jedzie po nim, jak po psie.

Jaki w tym sens? – zastanawiała się, trąc dłońmi twarz. - Przecież ten dureń nic z tego nie będzie pamiętał!

Podźwignęła się, odpychając od brzegu wanny, wstała i nacisnęła klamkę. Opuszczając tymczasowy azyl spodziewała się, co zaraz usłyszy.

- A ty dokąd?! - Głos matki wdarł się w jej bębenki, w efekcie skrzywiła się. - Po nocy będziesz łazić?!

- Jest dopiero dwudziesta, mamo – odpowiedziała słabo, schylając się w przedpokoju i zakładając buty. - Wyskoczę tylko do Jolki po zeszyt. Muszę się uczyć w wakacje, bo mam poprawkę.

Kłamała, bo wszystkie przedmioty zdała z wysokimi notami, ale matki to nie interesowało i nie wiedziała, jakie oceny Zuza ma na świadectwie.

- Teraz ci się przypomniało, że masz lekcje?! - wrzasnęła matka. - Wyrośnie z ciebie taki jełop, jak z twojego ojca! Nie możesz jutro o normalnej godzinie?

- Już się umówiłam – odparła, szybkim ruchem zarzucając plecak na ramię.

Wbiła stopy w buty. Zasznuruje je w windzie, byle jak najszybciej wyjść już z domu. Odruchowo poklepała kieszeń. Miała telefon. Tkwił w gumowej obudowie. Między etui a smartfonem schowała ostrze. Zapakowała je w papierek, by zabezpieczyć cienki metal. Jej kochanek, tak lubiła o nim myśleć. Każdy z jej szkolnej paczki miał swojego. Cienki, ostry kawałek metalu, którym nacinali skórę przedramion, albo ud. Ona cięła przedramiona, uda zostawiając na później. Ból skóry na wewnętrznej stronie rąk na razie wystarczał, by zagłuszyć codzienne cierpienie. Cięcie, chwila bólu, a w końcu kropelki krwi pokrywające skórę. Czasami puszczała się cienka strużka, ale bardzo rzadko. To było wspaniałe przeżycie, bo tylko wtedy czuła, że ma nad czymś kontrolę. Ten moment, gdy przeciągała żyletką po ciele, był tylko jej i miała nad nim władzę.

- Przed dziesiątą masz być w domu! - Dobiegł ją krzyk matki, gdy już wsiadała do windy i wciskała guzik z literką „P”. - I ani minuty później!

Oparła się o ścianę i przymknęła oczy. Czuła, że wszystko w środku ją boli. Najbardziej pierś, brzuch i głowa. Miała wrażenie, jakby od głowy do brzucha biegł metalowy, rozżarzony pręt. Palił ją, podtrzymując cierpienie. Takie, nad którym nie mogła zapanować. Na szczęście może je na chwilę zagłuszyć, bo od jakiegoś czasu wiedziała, jak to zrobić. Przetnie skórę i da sobie tę odrobinę wyzwalającego cierpienia. Jej cierpienia, samodzielnie wykreowanego.

Wyszła z klatki schodowej i odruchowo już przeskoczyła dziurę w chodniku przy ostatnim schodzie. Nienawidziła tego miasta, osiedla i ludzi. Na szczęście miała swoje ostrze i mogła się nim od tego wszystkiego odcinać.

Owionął ją chłód sierpniowego wieczoru. Nie było upału i dobrze, bo mogła naciągnąć długi rękaw, zakryć nim ślady po żyletce i nie pocić się przy tym.

Niech już się skończą te jebane wakacje – myślała, sięgając po telefon, by wybrać numer przyjaciółki z paczki.

Nie cierpiała szkoły i wcale nie tęskniła za jej bezsensem, ale przynajmniej nie będzie się musiała tłumaczyć matce z każdego wyjścia z chaty. Wcisnęła numer z ostatniego z wybieranych kontaktów i przystawiła smartfon do ucha.

- Halo, Iwona? - Zuzka słyszała, że przyjaciółka odebrała połączenie, ale milczała, nie mówiąc nic. - Coś się stało? Iwona, odezwij się!

Ze słuchawki dobiegł ją nie głos, lecz płacz. Najpierw cichy, po chwili głośniejszy, w końcu szloch.

- Iwona, co się stało?! - Zuzka była mocno zaniepokojona zachowaniem przyjaciółki. - Powiedz coś do kurwy nędzy!

Zapadło milczenie, w końcu schrypnięty i zmęczony głos oznajmił:

- Iwony nie ma.

Po tym zdaniu zapadło milczenie, rozmówca rozłączył się, a świat Zuzki się zatrzymał.

***

- Znalazłabyś sobie jakąś pracę na wakacje – marudziła matka, zbierając porozrzucane ubrania ojca.

On oczywiście spał po nocnej zmianie w hucie. Śmierdział alkoholem, więc pewnie po drodze wypił jeszcze piwo, a raczej kilka. I nie umył się, ale padł na łóżko w ubraniu, tak jak przyszedł. Może nawet w butach i to matka mu je zdjęła. Widziała już nie raz, gdy to robiła. Stojące opodal łóżka buty potwierdzały teorię.

Zuza nie raz zastanawiała się, dlaczego mama nie poszuka jakiejś pracy. Całe dnie spędzała w niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu. Ciemnym, bo okna wychodziły na wysokie drzewa. I chłodnym, a także ciężkim do przewietrzenia, toteż powietrze stało w pomieszczeniach i trudno było wygonić z nich smród trawionego alkoholu.

Wciąż widziała mamę z papierosem w ustach, nigdy nie uśmiechniętą, a zawsze wkurzoną. Kiedyś mama powiedziała, że nie opłaca się pracować, bo wtedy straciłaby kupę kasy. Dokładnie takich słów użyła. Jak później wyjaśniła, miała na myśli zasiłki, dopłaty do mieszkania i ogrzewania. Poza tym rodzice nie byli małżeństwem, ponoć też z finansowych względów.

- Ludzie są głupi – mówiła mama ze złością, przygotowując obiad. Zuza wiedziała, że i tego nie lubi robić, lecz zmusza się to gotowania. - Pracują za marne dwa i pół tysiąca złotych, a gdyby ruszyli łbami, to mogliby mieć więcej pieniędzy w prezencie od państwa. Ale co poradzisz. Może to i dobrze, bo gdyby więcej było takich mądrych jak ja, to w końcu ktoś zmniejszyłby dopłaty.

- I to jest uczciwe? - dopytywała Zuza, przyglądając się pracy mamy.

- Legalne, więc uczciwe i należy się nam jak psu buda! – odparła mama, wzruszając z obojętnością ramionami. - A czy uczciwe jest zrobić dziecko, a potem unikać życia i obowiązków, jak twój durny ojciec?

Wtedy tata spał i tak było i dzisiaj. Właściwie codziennie.

Zuzka westchnęła, nie odpowiadając na zaczepki mamy. Nie miała się gdzie przed nią ukryć, więc najlepiej było milczeć i udawać, że słucha matczynych mądrości.

Za niedługo spotka się ze znajomymi z paczki, bo byli umówieni na jedenastą przed południem. Znów pójdą się powłóczyć na hałdy kopalniane, może nawet wypiją wspólnie wino. Jeśli ktoś skołuje kasę, to uda się kupić butelkę najtańszego alkoholu. Przede wszystkim jednak będzie się mogła zobaczyć z ziomkami, bo tylko przy nich mogła być sobą.

Dyskretnie zerknęła na zegarek. Tak, by nie dostrzegła tego mama.

- Na jakiś zmywak byś się zatrudniła, a nie siedziała całymi dniami z nosem w telefonie! – zrzędziła dalej mama, zaciągając się papierosem, który chwilę później odłożyła do popielniczki i teraz tlił się sam, a ona sama mogła wrócić do obierania ziemniaków. - Albo na jakiś magazyn.

Mama mówiła, a Zuzka odliczała minuty do wyjścia.

***

Siedziała wraz z kilkorgiem koleżanek i kolegóww milczeniu na betonowym bloku, leżącym na posadzce starej, nieczynnej od lat hali lokomotywni. Wciąż nie potrafiła myśleć, bo umysł zablokował się na wieść o zniknięciu przyjaciółki. Uciekła z domu, wysyłając jedynie wiadomość tekstową, że ma dosyć, nie wróci i mogą ją uznać za zmarłą.

- Chujnia i tyle – mruknął Sławek, jeden z kolegów. - Chuj z tym.

Jego słowa poniosły się echem po nieczynnym obiekcie Lokomotywni Wachlarzowej Katowice. Spotykali się tutaj ekipą od wiosny do jesieni, bo tylko w tym miejscu mieli spokój i ciszę, a dekadencka atmosfera sprzyjała dołowaniu się i rozmowom o beznadziejności życia.

Nadchodził wieczór i czas było wracać do domu. Nielubianego i pełnego tego, od czego codziennie uciekała. Gdzieś jednak musiała spać i coś jeść. Niestety.

Iwona popełniła samobójstwo, czy po prostu uciekła z facetem? I poinformowała o tym esemsem! To było takie filmowe i widowiskowe! Ona, Zuzka, nigdy by się na to nie zdecydowała! Gdyby to ona miała się zabić, to prędzej postarałaby się o tabletki, albo skoczyłaby z mostu biegnącego nad autostradą! Chociaż nie, bo wtedy mogłaby kogoś przy okazji zabić. Tego zrobić nie chciała, bo wierzyła w Boga, a zabójstwo skierowałoby jej duszę wprost do piekła. Ponoć samobójstwo też tak działało, ale w to akurat nie do końca wierzyła. Dlaczego miano by ją karać za ból egzystencjonalny? Nie, to nie zdyskwalifikowałoby jej jako duszy do zbawienia!

Z chłopakiem by nie uciekła, na to nie zdecydowałaby się na pewno! Z resztą, nie było odpowiedniego kandydata, więc nie miała nawet czego rozważać.

- Cześć – mówiąc to przez zaciśnięte gardło, wstała i powlokła się ku ciężkim, metalowym drzwiom prowadzącym na dwór.

Nikt jej nie zatrzymywał, a jedynie kilka par oczu odprowadziło ją do wyjścia. Wszyscy wiedzieli, że Zuzka i Iwona bardzo się lubiły. Były przyjaciółkami, choć czy prawdziwa przyjaciółka zrobiłaby coś takiego, zostawiając swoją bratnią duszę bez słowa pożegnania?

- Bratnia dusza? - westchnęła, wychodząc na zewnątrz budynku. - Widać, że nawet nie przyjaciółka!

Gorąc uderzył Zuzkę w twarz i szyję, słońce momentalnie zaczęło nagrzewać czarny materiał okrywający ramiona i blizny na nich. Szła wzdłuż torów kolejowych, w końcu wydeptaną ścieżką między drzewami aż do ulicy Narutowicza. Szła chodnikiem przy ulicy Gliwickiej, kopiąc przed sobą niewielki kamyk. Było jej ciężko na sercu i czuła, że teraz już wszystko straciło sens i nie ma się czego uchwycić.

Na co mam czekać? Na koniec wakacji i powrót do szkoły? Przecież to bez sensu! I co dalej? Skończę liceum i pójdę do pracy? Znajdę mężczyznę, ten zrobi mi dziecko i będę żyła jak matka? Nie chcę tak! Wolę z tym skończyć!

Zapadała w niej decyzja i z każdym zbliżającym ją do bloku rodzinnego metrem, była jej bardziej pewna. Musiała tylko wymyślić sposób na szybką i w miarę bezbolesną śmierć. Na tę myśl uśmiechnęła się do siebie, czując, że nareszcie przestanie ją boleć umysł, a wraz z nim ciało i życie. Iwona podpowiedziała jej jaką drogę może wybrać.

Spojrzała w ciemniejące niebo, które zaciągnęło się burymi chmurami. Grafitowe kłęby przesłoniły słońce i wyglądało, jakby dzień chylił się ku wieczorowi.

Zupełnie, jak mój umysł! - pomyślała. - Zasnuty szarością i bez perspektyw na przejaśnienie.

Spadły pierwsze krople deszczu, gęstniejąc z każdą chwilą i zmieniając się w gwałtowną, letnią ulewę. Zuzka przyspieszyła kroku, w końcu biegła, postanawiając ukryć się przed deszczem pod pobliską wiatą przystanku tramwajowego. Wolała przeczekać i uniknąć zrzędzenia matki, że wygląda jak zmokła kura. Poza tym nie lubiła swojego domu i każdorazowo wybierała pobyt poza nim, opóźniając powrót w rodzinne pielesze.

Nie raz w złości myślała, że wolałaby się urodzić jako mężczyzna. Mogłaby się wtedy zaciągnąć do wojska, później wyjechać w świat jako zawodowy żołnierz. Nikt nie uważałaby tego za coś nieodpowiedniego, a znając mamę, to właśnie tym mogłaby się chwalić rodzinie i sąsiadkom. Nie w przypadku, gdyby taką drogę wybrała dziewczyna.

- Niesprawiedliwe – mruknęła pod nosem.

I wtedy wzrok jej padł na plakat, który ktoś zawiesił na jednej z przeziernych ścianek przystanku.

Telefon zaufania? - Zmrużyła oczy, czytając to, co napisano pod spodem.

Masz problemy, które cię przerastają? Nie widzisz sensu w życiu i nie wiesz, jak sobie z tym poradzić? Masz myśli samobójcze? Zadzwoń. Pomożemy ci. ZnajdźmyTwoją drogę.”

Co za idiotyzm! - obruszyła się, wydymając z pogardą usta.

Mimo to sięgnęła po telefon i cyknęła zdjęcie z podanymi na dole plakatu numerami telefonu.

Droga

Natasza czuła, że w jej życiu dzieje się więcej, niż działo się kiedykolwiek wcześniej. I nie miała na myśli tego, co stało się jej udziałem w ostatnich dniach, gdy porwano dziewczynki. Wtedy przerażenie i strach o życie córki sparaliżowały ją i umierała od środka. Umarłaby, gdyby nie Marcel i to, co zrobił, by uratować dzieci. Nie rozmawiali o tym, omijając temat, ale czuła, że nadejdzie moment, gdy wypłynie on samoistnie. Nie podczas podróży, bo przy Sofii i Oliwce woleli go na razie nie poruszać.

Marcel zapowiedział, że po powrocie z wakacji, dziewczynki będą miały zapewnioną opiekę psychologa dziecięcego. Wiedziała już też i to, że te spotkania potrwają długo, może nawet lata. I tutaj przytykało ją i nie potrafiła z nim o tym rozmawiać, a nawet z samą sobą w głowie. Głównie dlatego, że oznaczało to, że Marcel planował, że spędzą razem sporo czasu. Może nie całe życie, ale na pewno lata. Z jednej strony to o tym Natasza właśnie marzyła w skrytości ducha. Chciała normalności, rodziny, życia z mężczyzną i dziećmi. Tak zwyczajnie i pod jednym dachem. I miała oto szansę, by doświadczyć tego wszystkiego!

Z drugiej jednak wiedziała, że się do tego nie nadaje, bo nie może dać mężczyźnie wszystkiego, co powinna mu dać kobieta. Nie wyobrażała sobie bliskości z kimś nawet tak przystojnym jak Marcel. Nie po tym, czego doświadczyła z rąk mężczyzn. Marcel musiał mieć potrzeby, była tego pewna. Widziała, jak na nią patrzy, bo przyłapywała go na przyglądaniu się jej. Nie jak gosposi, lecz jak kobiecie. Atrakcyjnej przedstawicielce płci słabszej, którą była i widziała o tym od zawsze. Uroda była atutem dla wielu, dla niej przekleństwem i wabikiem dla psychopatów. Tak wyszło, taką rolę przypisał jej Bóg.

Marcel nie mógł nie docenić zapału dziewczynek, które były gotowe na wiele, by dopiąć swojego, aby gęś jechała nie w bagażniku, ale na fotelu między nimi. Sama zainteresowana faktycznie była wyjątkowo mądrym i statecznym zwierzęciem, bo siedziała na siedzeniu w samochodzie w dumnej pozie i przyglądała się wszystkiemu z zaciekawieniem. Temu, jak dziewczynki mierzą uprzęż z pasków i sznurków. Skonstruowały smycz, jakiej nie powstydziłby się mistrz bondage.

Durna pało, przestań świntuszyć! - zganił się za tę myśl, bo nie chciał myśleć tyle o seksie, a kojarzyło mu się z nim dosłownie wszystko. - To przez brak pieprzenia – myślał smętnie, prowadząc auto. - Ale może wystarczy przetrzymać ten stan i w końcu przestanę się napalać?

Starał się myśleć pozytywnie i mieć nadzieję, bo nie miał pojęcia, co mógłby zrobić innego. Bo jakby porównał siebie do innych facetów i ilość wyprodukowanej podczas seksu spermy, to mógłby zasilić nią dziesiątki, jeśli nie setki mężczyzn. Z jednej strony utrwalił w ten sposób nałogowy odruch ciała, bo z orgazmu zrobił sposób rozładowania emocji. Z drugiej nadwyrężał siebie, głównie umysł, bo widział, jak brak dupczenia na potęgę, wpływa na jego sprawczość w życiu.

W ciągu ostatnich dziesięciu dni zrobił tak wiele, jak nie dokonał w przeciągu ostatnich kilkunastu lat. Zaplanował i wprowadzał w życie wyjazd wakacyjny, czyli coś, na czym nie znał się kompletnie. Po drugie zorganizował remont w domu, zamówił materiały i robotników. Przekazał wszystko to teściom, ale zrobił to z premedytacją i tak, by nie musieli nadwyrężać się fizycznie. Mieli do dyspozycji dom, fundusze i pozostało im robienie kawy ekipom i doglądanie ich, by nic nie spierdolili. W końcu też przestał palić i stało się to prawie samoistnie. Po części przez towarzystwo Nataszy i dzieci, które tępiły w nim ten zgubny nałóg. W subtelny i podstępny sposób, bo nie mówiły na głos, że je to drażni. Wystarczało, że gdy kilkukrotnie skusił się i zapalił, one to wyczuły i pociągnęły nosem, krzywiąc się z dezaprobatą. Ich rozczarowane i pełne smutku miny były o wiele skuteczniejsze w walce z nałogiem, niż gdyby robiły mu wyrzuty wprost. Efekt był taki, że zatrzymywał się z odpalonym Zippo tuż przed tym, jak przytykał ogień do końcówki Marlboro. Chował papierosa do paczki, a Zippo do kieszeni.

Po dziesięciu godzinach dojechali do wynajętej kwatery. Właściwie, to do niewielkiego domu. Ogrodzonego, świetnie wyposażonego i nietaniego. Na pewno nie za pensję policjanta, ale przecież od lat odkładał to, co wpadało mu do kiesy nielegalnie. Nie wydawał, bo nie przejadłby takich funduszy. Wtedy poczucie satysfakcji dawało mu ich zdobywanie.

Był bardzo podekscytowany, gdy wjeżdżali do niewielkiej wioski Brseć. Wybrał ją właśnie przez ten dom, wyobrażając sobie, że tak powinny wyglądać wakacje. Wygoda, piękne widoki, prywatny basen i cicha okolica. W tej ofercie znalazł to wszystko i tylko zastanawiał się, na czym właściwie powinny polegać rodzinne wakacje.

Cóż, przekonam się – myślał, jadąc powoli kołyszącym się autem.

Zjeżdżali w dół wąską dróżką. Był późny wieczór, bo też Marcel wyruszył zbyt późno z domu. Zamarudzili, kilkakrotnie po coś wracając. Dodatkowo dziewczynki uparły się, że chcą mieć płetwy do pływania w morzu. Pojechali więc do Decatlonu, w którym zamarudzili, bo dzieci koniecznie chciały zobaczyć, co jeszcze można zabrać na nadmorskie wakacje. W efekcie wyjechali zaopatrzeni dodatkowo w maski do nurkowania, piłki, dwa komplety dmuchanych rękawków, pompowane koło, materace i kolorowe, piankowe makarony.

Efekt był też taki, że już opuszczając sklep, Marcel był zmęczony. Dziewczynki również i po niespełna godzinie padły, usypiając, a między nimi gęś.

Czas podróży przebiegł w miarę szybko. O dziwo droga mu się nie dłużyła, a to za sprawą opowieści Nataszy, która wspominała dzieciństwo i wioskę, w której mieszkała. Opowiadała o mamie i jej siostrze, którą to Marcel poznał podczas pogrzebu. Głównie o historii poznania się ciotki z przyszłym mężem i burzliwych losach jego rodziny. Dzięki jej opowieściom poznawał wiejskie zwyczaje i przyznał na głos, że słuchało się tego, niczym bajki. Szczególnie, gdy to ona przekazywała tę pełną nostalgii historię o szczęściu i dobrych czasach. To w tym momencie zapragnął, by i ten wyjazd stał się taką właśnie cegiełką tworzącą ich szczęście. Ich i dziewczynek, o którym będą mogli im kiedyś opowiedzieć. Tak chciał i takie zapotrzebowanie wysłał w kosmos i do Boga. Jej Boga, bo przecież on go nie znał, czy raczej nie poznał dotychczas.

- Natasza, jesteśmy na miejscu – powiedział cicho, parkując auto przed wjazdem. - Otworzę bramę.

W ostatniej chwili powstrzymał się przed powiedzeniem, by została w samochodzie.

Niby sytuacja była inna i nie widział najmniejszych szans, by ktoś wskoczył za kierownicę i porwał samochód wraz z dziewczynkami. Jednak tamten moment życia odcisnął się takim piętnem na jego życiu, że wiedział, iż nigdy nie będzie człowiekiem sprzed chwili, gdy w piwnicy tamtego przeklętego domu odpalił Zippo i spalił tego człowieka. Odruchowo sięgnął palcami lewej do prawej dłoni i podrapał się po zabezpieczonym sporych rozmiarów plastrem, wnętrzu.

Nie musiał nic mówić, bo widział, że Natasza wróciła myślami do tej samej chwili. Zauważył to, gdy grymas przebiegł po jej twarzy i na moment zagościł w niebieskich oczach. Nie powiedziała nic, lecz zacisnęła dłonie w pięści, a usta w wąską linię.

Cóż, już na zawsze tamte dni zostaną niczym uwierająca nas drzazga – myślał, podchodząc do bramy, po czym wbił kod dostępu na domofonie.