"Ptaszek w klatce"

Mówią, że pierwsza miłość uderza jak piorun.

Dla Majki była to iskra, która puściła z dymem cały jej zdrowy rozsądek i wszelkie zahamowania.

Wystarczyło jedno spojrzenie na Radka na szkolnym korytarzu, by w głowie dziewczyny narodził się szalony i wyjątkowo bezczelny plan. Ten chłopak musiał być jej. Za wszelką cenę.

Skoro niewinne trzepotanie rzęsami i uśmiech losu nie działają, Majka postanawia wziąć sprawy i samego Radka w swoje ręce. Porywa obiekt swoich westchnień, by zamknąć go w klatce.

Do czego zdolna jest dziewczyna trawiona obsesyjnym pożądaniem?

Czy miłosne szaleństwo da się usprawiedliwić?

I co z tym wszystkim mają wspólnego matka i babcia Majki?

Bo przecież kobiety z jej rodu dziedziczą nie tylko urodę.

„Klatka” to wybuchowa, ociekająca erotyzmem i humorem komedia o dorastaniu, kobiecym sprycie i przekraczaniu absolutnie wszystkich granic.

Przeczytaj i odpowiedz sobie na jedno bardzo ważne pytanie: do jakiego szaleństwa Ty byłabyś zdolna, by zdobyć faceta swoich marzeń?

FRAGMENT:

Rozdział 1

Gdyby kózka nie skakała, to by miała święty spokój

Czy powinnam się wstydzić tego, że wpadłam w obsesję, a moje myśli skoncentrowały się wokół jednego człowieka? Nie wiem dlaczego padło akurat na niego, ale możliwe, że była to ta osławiona strzała Amora. A może po prostu jakiś hormonalny idiotyzm, który dosięgał kobiety w okresie dojrzewania?

Nie potrafiłam normalnie oddychać przy tym chłopaku. Tak, brzmi to melodramatycznie. Ale widząc go na korytarzu szkolnym, miałam wrażenie, że się duszę! Moje serce wpadało w szalony galop, wnętrzności się skręcały, a w uszach szumiała krew. Wzrok koncentrował się wyłącznie na jego twarzy, jakbym stała w tunelu, na końcu którego był Radek.

Wiem, jakie to głupie i bezpodstawne, a także dramatyczne niczym wyznania histerycznej nastolatki. W sumie? Byłam nastolatką i możliwe, że ten cały miszmasz w ciele i umyśle to wina mojej romantycznej części natury. Albo pieprzonych hormonów! I przeczytanych romansów…

Nieważny był powód, ale to, że opętały mnie myśli o tym chłopaku.

Naprawdę nie wiem, dlaczego padło akurat na niego. Pewnego dnia po prostu przykuł mój wzrok i przepadłam. Ot tak! Stał na szkolnym korytarzu i szukał czegoś w plecaku. Przydługie włosy opadały mu na czoło, zakrywając twarz. Przyglądałam mu się z nudów i robiłam to mało dyskretnie, wcale się z tym nie kryjąc. Bo niby po co miałabym to robić?

Podniósł głowę i spojrzał mi w oczy, przesyłając spojrzeniem wirus uzależnienia od siebie. Serio, to było jak podanie mi czegoś drogą wziewną albo poprzez wstrzyknięcie wątpliwego pochodzenia specyfiku do krwiobiegu. Pyk i się zaczęło!

Odwrócił wzrok, wracając do przerwanego zajęcia. Znalazł to, czego szukał, wyprostował się i niedbałym ruchem dłoni zaczesał włosy do tyłu. Ten gest zarejestrowałam jako coś obłędnie pięknego, czując, że mój umysł nie działa już poprawnie. Głowę wypełniło mi światło, które następnie zalało mnie całą, nie pozostawiając miejsca na rozsądek i normalne myśli. Przepadłam i utonęłam w tym doznaniu, wiedząc, że od tej chwili wszystko w moim życiu sfokusuje się na nieznanym mi chłopaku. Od tamtego momentu czułam się, jakbym była chora. Odbierałam to fizycznie w każdym atomie ciała, choć cały ten zamęt miałam tylko w głowie. Zdawałam sobie z tego sprawę, a mimo to nie umiałam nad tym zapanować i wyłączyć ślepego zachwytu oraz pragnienia podążania za nim spojrzeniem.

Dopóki chodziliśmy oboje do jednej szkoły, mogłam obserwować go podczas przerw między lekcjami. Wałęsałam się za nim niczym cień, robiąc to tak, by mnie nie zauważył i nie mógł dostrzec mojego zakochanego wzroku. Nie miałam śmiałości, by do niego zagadać. Bałam się, że gdybym się odważyła i spróbowała, zapowietrzyłabym się i jedynie patrzyła na niego niczym przysłowiowy wół w malowane wrota. Zresztą, miałam test tego, co działo się z moim organizmem, ilekroć przelotnie na mnie spojrzał. Kończyny traciły synchronizację albo miękły, zmieniając się w marschmallowsy. Kolana uginały się pode mną i oblewał mnie zimny pot, więc wiedziałam, że gdyby doszło do konfrontacji, pewnie dostałabym udaru, a mózg by mi wybuchł lub implodował.

Toteż przyglądałam się pięknemu profilowi Radka, analizując jego ruchy i postawę ciała. Rejestrowałam je w głowie, by móc później odtwarzać ten widok w chwilach samotności.

Przez jakiś czas starałam się podejść do sprawy rozsądnie. Przez pierwszy miesiąc czekałam na moment, gdy wreszcie to zidiocenie minie i przestanę czuć to, co czuję. Niestety, tak się nie stało.

Później przeszłam w tryb studiowania Radka i próbowałam dowiedzieć się o nim wszystkiego, co możliwe, w każdy dostępny sposób. Wertowałam Internet – głównie media społecznościowe, bo to było najłatwiejsze. Niestety, niewiele znalazłam, ledwie kilka zdjęć, na których został przez kogoś uchwycony. Poznałam wszystkich jego znajomych, oczywiście nie osobiście, bo nie miałam śmiałości, by wkręcić się w towarzystwo. Wiem, że tak byłoby najmądrzej i najrozsądniej, ale nie potrafiłam tego zrobić. Byłam introwertyczką i zdawałam sobie sprawę z tego, że byłam znacznie dziwniejsza niż większość znanych mi osób. Nie nawiązywałam zwyczajnych relacji i nie chodziłam na imprezy. Głównie dlatego, że nie lubiłam alkoholu i dragów, a to wokół nich kręciły się spotkania ludzi w moim wieku.

Miałam jedną przyjaciółkę, a ta była właśnie na wczesnym etapie zakochania. Jej relacja to dopiero okaz totalnego popaprania! Ewa, jak ja, miała osiemnaście lat, lecz pozwoliła się poderwać kolesiowi koło trzydziestki! Miałam wrażenie, że oszalała na jego punkcie. Spotykali się prawie codziennie. On odbierał ją po szkole swoją wypasioną furą, a później jechali do niego. Opowiadała o nim w samych superlatywach, nie szczędząc mi szczegółów o tym, co robią, gdy trafiają do niego lub… do lasu. Tak, to ich miejsce schadzek. Podejrzewam, że spełnia tam z Ewką swoje najbardziej wyuzdane fantazje. Jej się to chyba podoba, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Tyle że ja nie mam teraz z kim pogadać, zwierzyć się z własnego szaleństwa, więc duszę je w sobie.

Gdy Ewa nie widzi się ze Sławkiem, to i tak tylko wokół niego krążą jej myśli. Jest monotematyczna i potrafi mówić wyłącznie o nim. O tym, jaki jest przystojny i wspaniały. O jego pracy i miejscach, do których ją zabiera.

Miałam nadzieję, że nie będzie cierpiała, jeśli im się nie ułoży. Liczyłam na to, że się nie okaże, iż ten facet jest tylko zwykłym, niewyżytym głąbem. Kimś, kto zostawi ją ze złamanym sercem, rozpierdolem w mózgu i w życiu, które de facto dopiero się zaczyna.

Także zostałam sama ze sobą i nie miałam z kim przegadać swojej fiksacji. Jasne, że próbowałam, ale ilekroć zaczynałam swój temat, Ewka przeskakiwała na plany, które snuła ze Sławkiem. Czekali na moment, gdy skończy liceum – chcieli wziąć ślub. Dzięki temu mogliby być oficjalnie razem, w pełnym wymiarze godzin i bez ukrywania swojej miłości przed światem. Trzymałam za nią kciuki, lecz zarazem byłam bardzo samotna.

Po szkole szłam na pływalnię, bo tam myślało mi się najlepiej. Odpierałam zaloty przypadkowo poznanych chłopaków, bo wszyscy mnie wkurzali. Czym? Tym, że nie byli Radkiem!

Rano przed szkołą biegłam na samotny trening, który pozwalał mi na względne uspokojenie ciała i myśli. Najbardziej lubiłam słoneczne poranki, gdy pływalnię wypełniała cisza przerywana jedynie chlupotem zagarnianej ramionami wody. O tej porze przychodziły wyłącznie te same osoby. Tworzyliśmy stały skład – kilku starszych mężczyzn i dwie kobiety. Do kompletu ja, najmłodsza z nich wszystkich i równie zacięta oraz skupiona na sobie. Miałam wrażenie, że był to ich sposób na radzenie sobie z rozbieganymi myślami. Możliwe, że dorabiałam historię do czyjegoś życia, a oni po prostu tylko dbali w ten sposób o kondycję.

Po szkole szłam ponownie na basen i wtedy to miejsce nie było już taką oazą. Panował hałas i nie myślało się już tak dobrze. Młodzież wariowała, bawiąc się i krzycząc wesoło, więc cieszyłam się, że część torów była przeznaczona wyłącznie dla pływaków. Mijaliśmy się na wyznaczonym bojkami pasie z drugą osobą. Ciało wpadało w zgodny rytm, a w głowie odliczałam kolejne pokonane długości. Po pięćdziesiątym basenie przepłyniętym kraulem przechodziłam w relaksującą żabkę, a po sześćdziesiątym wychodziłam z wody. Taki był mój codzienny system, czy raczej rytuał.

Starałam się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z nikim i miałam wrażenie, że większość pływaków robiła podobnie. Wpadaliśmy w trans, skupiając się na sobie, bo przyszliśmy tu właśnie po samotność i bycie wyłącznie ze sobą.

Tak upływały mi kolejne dni. Trening, później zajęcia w szkole, po nich kolejny trening i pojedynczy, ale dłuższy wysiłek w weekend. Rodzice akceptowali mnie taką, jaką byłam, nie wypytując o szczegóły. Wiedzieli, że moje odpowiedzi nie wyjaśnią im zbyt wiele. „Co tam w szkole?” – odpowiadałam, że dobrze. „Co u Ewki, bo dawno tu nie spała?” – mówiłam, że się uczy, czując przy tym, jak wydłuża mi się nos, niczym u bajkowego Pionokia. Nie mogłam im powiedzieć, że przyjaciółka zakochała się w o ponad dziesięć lat starszym facecie! Podejrzewam, że od razu skontaktowaliby się z jej rodzicami, a ci urządziliby jej piekło na ziemi.

Kochałam moich rodziców i uważałam, że są super ludźmi, ale wiedziałam też, że są starzy, a przez to zbyt rozsądni. Po pierwsze staraliby się zrobić to, co ich zdaniem należy, i poinformowali jej rodziców, że ich córka zdecydowała się na tak ryzykowny związek. Po części też tak uważałam, ale przecież nie poznałam jej faceta. Może faktycznie był wspaniały i mimo dużej różnicy wieku mieli szansę na wspólną przyszłość?

Nawet nie próbowałam sobie wyobrazić, że przez mój długi jęzor prawda o nich dotarłaby do jej staruszków! Na bank obraziłaby się na mnie na amen! I miałaby rację, bo też nie chciałabym, żeby ktoś w ten sposób wtrącał się w moje sprawy.

Po drugie moi rodzice nie zaakceptowaliby tak dziwnego zachowania własnej córki. Ono po prostu nie pasowało do mnie. Pewnie staraliby się wytłumaczyć mi, że bezpodstawne uczucie do obcego chłopaka z czasem przeminie. Zapewne też usłyszałabym, że czas leczy rany i temu podobne mądrości. No i martwiliby się o mnie. Nie chciałam i nie umiałam opowiedzieć o tym, co się ze mną dzieje. Nie potrafiłam wyjaśnić szaleństwa, które powoli ogarniało mój umysł.

Okłamywałam ich, robiąc coś, czego nigdy nie śmiałam z szacunku i ze zwykłej miłości. Teraz też ich kocham i szanuję, ale moje życie weszło na taki etap, w którym część siebie muszę przed nimi ukryć. Dla ich i własnego dobra. I spokoju, głównie mojego, bo nie potrzebowałam konfrontacji z rodzicielską mądrością.

W szkole wyczekiwałam momentu, w którym zobaczę Radka. Gdy mój wzrok pochwyci widok jego twarzy i szerokich ramion. Poznawałam je, ledwie mi mignął. Był zawsze odrobinę pochylony do przodu i wyglądał, jakby i on tkwił we własnym, tylko sobie znanym świecie.

Miał kolegów i często śmiał się z nimi – to te obrazki zamykałam w głowie. Kolekcjonowałam je niczym relikwie. Później napawałam się nimi w samotności, marząc o nim i wymyślając różne szalone scenariusze naszych spotkań i tego, co robilibyśmy razem.

Ulubionym był ten, gdy spotykamy się na basenie, pływając na jednym torze, pokonując w zgodnym rytmie kolejne kilometry w wodzie. Słońce przebija się przez duże okna pływalni, ja mogę obserwować pracę jego ramion. W końcu opuszczamy ośrodek MOSIR-u i każde idzie w swoją stronę. Pewnego dnia natrafiamy na siebie przy lustrach za kasami, nasze spojrzenia się spotykają w jednym z nich i zaczynamy rozmawiać. On zaprasza mnie na spacer, w końcu zakochuje się we mnie, dostrzegając to, czego nie widzą inni.

Prawdą jest, że sama nie widziałam w sobie niczego, czym mogłabym go oszołomić i zainteresować. To był główny powód, przez który nigdy do niego nie podeszłam. Jestem tak zwyczajna, jak tylko może być dziewczyna w moim wieku. Nie mam wybitnych zdolności ani oszałamiającej urody. Ot, zwykła ja i moja codzienność wypełniona obowiązkami, nauką i obsesyjnymi myślami o facecie. Szkoła, basen i dom. W nim książki, czasem filmy i zajęcia domowe. Nie czułam, bym mogła go czymś zainteresować i rozkochać w sobie, a tylko taki scenariusz był tym, który dopuszczałam do umysłu. Tkwiłam więc we własnej obsesyjności, nie mając odwagi na realizację marzeń.

Matura Radka zakończyła szczęśliwy czas, w którym miałam jego widoku pod dostatkiem. Wiedziałam, że w końcu nadejdzie ta chwila, ale zakopywałam ją w umyśle, udając przed samą sobą, że do tej pory coś się wydarzy. Jakieś wielkie BUM, które zderzy nas ze sobą niczym dwie planety i sprawi, że będziemy razem.

Widząc go zdenerwowanego, ubranego w garnitur przed salą egzaminacyjną, przeżywałam w milczeniu żałobę, żegnając codzienną, stałą dawkę jego widoku. Kilka dni później okazało się, że zdał. Zarejestrowałam tylko uśmiech triumfu, gdy odczytał wyniki i dzielił się swoją radością z kolegami.

Nie powiem, ogromną ulgę przynosił fakt, że jak dotąd nie miał dziewczyny. Żadna się przy nim nie kręciła i nieraz łapałam się na myśli, że być może nie lubi płci żeńskiej i po prostu jest gejem. Czy wolałabym, by tak się właśnie okazało? Być może, bo to zdjęłoby ze mnie wiele fantazji i usprawiedliwiło moją bezsilność. Nie miałam tego jednak jak sprawdzić.

Umierałam więc od środka, myśląc o tym, że już nie zobaczę go rano po wejściu do szkoły. Nie miałam kogo odszukiwać wzrokiem. Łapałam się na tym, że rozglądam się w nadziei, że dostrzegę dłoń, którą przeczesuje włosy, i spojrzenie, przed którym będę starała się uciec.

Nagle przerwy między lekcjami stały się pełne głodu. Kiedyś chętnie szłam do szkoły, teraz szłam, bo tak trzeba. Czułam się jak narkomanka, której odmawia się działki. Do domu wracałam okrężną drogą, obok jego bloku, z nadzieją, że go spotkam.

Ani razu mi się to nie udało.

Rozdział 2

Cicha woda brzegi rwie

Nieraz się zastanawiałam, skąd bierze się to bezpodstawne uczucie, bo przecież nie poznałam Radka osobiście. Nie znajdowałam wyjaśnienia. Podejrzewałam, że może mam w sobie zbyt dużo męskiego pierwiastka. Jestem zdobywcą i im bardziej ktoś mi się opiera, tym bardziej wzmaga moje pragnienie. On przecież widział, że go obserwuję. Ślepy by zauważył! Nieraz przechwytywał moje spojrzenie, ale było mu to obojętne.

Okay, okłamywałam siebie, bo tak naprawdę to wierzyłam w tradycyjny podział ról. Obrzydliwie romantyczny i seksistowski. W to, że to facet powinien wykonać pierwszy ruch. I chyba tylko ja tak myślałam, bo koleżanki nie miały podobnego problemu. Umawiały się z chłopakami i nie kryły z faktem, że to one zaczynały tę relację. Ja niestety tak nie potrafiłam i nawet nie chciałam.

Kilka razy dziennie wykonywałam głuchy telefon na jego numer. Oczywiście wcześniej zastrzegłam swój, by nie mógł do mnie oddzwonić.

Wiedziałam, że się nie odezwę, gdy Radek podniesie słuchawkę, a mimo to dzwoniłam. Byle usłyszeć jedno słowo: „halo”, po czym czekałam do momentu, aż się rozłączy.

Zdawałam sobie sprawę z tego, jak głupie było moje zachowanie, a mimo to dzwoniłam, milcząc i czekając na cud. Jaki? Pewnie na zrządzenie losu, które przejmie za mnie odpowiedzialność, powodując, że jakimś sposobem Radek zainteresuje się mną i odnajdzie osobę od głuchych telefonów.

Jego numer zdobyłam, wykorzystując moment, gdy nikogo nie było w pokoju nauczycielskim – spisałam dane z dziennika. Wiedziałam, że to chore, ale było silniejsze ode mnie. I tak trwałam w pełnym tęsknoty szaleństwie.

Pewnego dnia się odważyłam i w końcu odezwałam. Zaprosiłam go do siebie, a on przyjął zaproszenie i umówiliśmy się na spotkanie. Samej rozmowy telefonicznej nie zapamiętałam, a jedynie szum krwi w uszach i walenie serca, które chciało mi wyskoczyć z piersi. I nic poza tym! Wiem, że podałam mu swój adres domowy, po czym odłożyłam słuchawkę i przez dłuższy czas trwałam w bezruchu, chyba nawet nie mrugałam oczami.

– Wszystko w porządku? – zainteresowała się mną w końcu mama. – Stało się coś?

Nie mogłam jej się dziwić, bo siedziałam niczym posąg w muzeum figur woskowych, patrząc na telefon, jakbym czegoś od niego oczekiwała.

– Taka blada jesteś – mówiąc to, pochyliła się do mnie i zajrzała mi w oczy.

– A bo jutro mamy sprawdzian – skłamałam, mówiąc pierwsze, co przyszło mi do głowy. – A nic nie umiem i zastanawiam się, od czego zacząć naukę.

– Jeszcze macie sprawdziany? – zapytała.

Miałam ochotę palnąć się w czoło. No tak, przecież oceny były już dawno wystawione, a w dodatku nigdy nie miałam problemów z nauką. Tym czasem zawarłam aż dwie nieścisłości w jednym zdaniu. Wzruszyłam tylko ramionami i zbyłam jej pytanie, zaszywając się w swoim pokoju. Na szczęście nie drążyła tematu. I chwała jej za to! Czy wyczuła, że kłamię? Pewnie tak, bo zawsze mnie perfekcyjnie odczytywała.

Włączyłam muzykę, po czym padłam na łóżko i złapałam się za głowę, gdy dotarło do mnie, co właśnie zrobiłam. Zadzwoniłam do chłopaka, w którym zakochałam się jak szalona, bezsensowną i platoniczną miłością! Co mu odpowiem, gdy zapyta, dlaczego wydzwaniam do niego od dwóch miesięcy? To, że dzwonię, to jedno, ale dlaczego zapominam o mówieniu?! Przecież nie powiem prawdy, że od blisko pół roku śledziłam go w szkole, a teraz, gdy już go w niej nie ma, to prawie się duszę przez brak widoku jego twarzy i przydługich włosów! Boże, jakże chętnie wplotłabym w nie palce i rozczesałabym je nimi, i przyciągnęła do siebie, i…

– Dosyć! – sapnęłam, trąc dłońmi twarz i starając się jakoś przygotować na wizytę Radka.

Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pokoju. Nie zamierzałam robić przemeblowania, bo i co mogłabym tu zmienić? Mebli nie poprzestawiam, bo ich ułożenie było optymalne. Łóżko, biurko i stolik, a po jego obu stronach dwie pufy do siedzenia. Trochę zdjęć na ścianach, w większości grafiki, które znalazłam w Internecie. Nie było czego zmieniać, pozostawało przygotować samą siebie.

Makijażu nie umiałam robić i nie zamierzałam się go teraz uczyć. Włosy po prostu rosły, tylko je myłam, przycinałam i rozczesywałam. Przejrzałam szafę z ubraniami i zdecydowałam się na luźną bluzę i getry. Nic, co byłoby seksowne, bo też nie chciałam robić z siebie napalonej laski, która chce zainteresować chłopaka swoim ciałem. Jaka bym nie była zakochana i zdesperowana, to nigdy nie umiałam eksponować swoich wdzięków tak, jak robiły to koleżanki. Żadnych dekoltów czy krótkich spódniczek albo skąpych ciuchów, pokazujących, co jest do zdobycia.

Czasami złościłam się o to na siebie, bo miałam i cycki, i zgrabny tyłek. Nie mogło być inaczej – pływałam jak porąbana, za dużo pewnie, może i za często, ale przecież, do jasnej cholery, musiałam jakoś wyładować buzujące we mnie nadmiary!

Radek przyszedł o umówionej godzinie, więc zaprosiłam go do swojego pokoju. Idąc korytarzem przed nim, dusiłam się z emocji i gorączkowo szukałam słów, którymi zaproszę go na studniówkę. Tak naprawdę wcale nie chciałam tam iść, bo nudziły mnie takie sztuczne spędy ludzi. Cała moja klasa to same dziewczyny i już mi się przewracało w brzuchu od słuchania o ich planach, w co się ubiorą, z kim przyjdą i jak przemycą alkohol. Dla mnie to był obcy świat, w którym nie widziałam miejsca dla siebie. Nie miałam jednak innego pomysłu na nasze pierwsze spotkanie, a poza tym w głębi ducha żywiłam nadzieję, że to będzie początek naszego związku. On stwierdzi, że warto byłoby się przed tym poznać, więc zaprosi mnie na randkę w wakacje. Od tego się zacznie, a później będziemy się widywali. On zakocha się we mnie i… i co? Będziemy żyli długo i szczęśliwie? Idiotyzm!

Weszliśmy do mojego pokoju, zamknęłam drzwi i usiedliśmy po dwóch stronach niewielkiego stolika. Stał na nim czajnik z herbatą, dwie filiżanki i talerzyk z krakersami. Nie piłam, a tylko bawiłam się łyżeczką leżącą na spodku. Bałam się, że z wrażenia zakrztuszę się napojem.

W końcu wydusiłam z siebie zaproszenie i widziałam po jego minie, że nie spodziewał się czegoś takiego. Piękne męskie brwi powędrowały na czoło i schowały się na dłuższą chwilę pod opadającymi na twarz kosmykami włosów. Mówił coś, ale byłam w stanie jedynie skupić się na jego niebieskich oczach i tych przydługich włosach, które najchętniej odgarnęłabym mu z twarzy.

Odmówił i nie od razu dotarło do mnie, co powiedział. Oto mój misterny plan wziął w łeb. Rozmawialiśmy o głupotach, a raczej on mówił, a ja patrzyłam na niego jak na piękny obrazek. W końcu wyszedł, zostawiając pustkę, tęsknotę i swój zapach. Umarłam w środku, bo oto ziścił się najgorszy z zakładanych przeze mnie scenariuszy. Zostałam sama, bez pomysłu na to, co dalej, bo przecież nie mogłam zaprosić go ponownie!

Snułam się po domu niczym cień, nie dając się wciągnąć w rozmowę rodzicom. Znali mnie na tyle, by wiedzieć, że i tak się niczego nie dowiedzą. Noc przepłakałam, ale następnego dnia i tak poszłam do szkoły. Tam również byłam obecna bardziej ciałem niż duchem. Cóż… znali mnie i nie zagadywali.

– Jesteś chora? – Tylko Ewka zapytała, ale nim zdążyłam jej odpowiedzieć, zaczęła mówić o sobie i Sławku…

Milczałam więc, utykając w odrętwieniu. Było mi w nim w miarę dobrze, prawie bezpiecznie. Niczym w bańce z niską ilością tlenu, którego dostarczała mi myśl o Radku.

Kilka dni później zadzwonił dzwonek. Zbiegłam po schodach, a za drzwiami stał on. Uczepiłam się futryny niczym wspornika, bez którego padłabym chyba martwa na ziemię. Zaprosił mnie na imprezę nad jeziorem. W pierwszym momencie ucieszyłam się jak wariatka. Chwilę później spojrzałam na ulicę przed ogrodzeniem i na auto, które częściowo zaparkowano na chodniku. Z otwartych okien wyglądali jego kumple. Uśmiechnięci, jakby czekający na rozwój wypadku. Komunikat był jasny – przyjechał zaprosić laskę z kategorii „łatwego mięska” na popijawę, na której wiele może się wydarzyć. Mój anioł stróż kopnął mnie w tył głowy, ostrzegając, żebym absolutnie tego nie robiła. Zapaliła mi się czerwona lampka, a oczami wyobraźni widziałam siebie gdzieś w nieznanym miejscu, z masą obcych ludzi i niebezpieczeństwo, którego się wystraszyłam. Odmówiłam, choć miałam ochotę rzucić mu się na szyję. Odmówiłam, bo wiedziałam, dlaczego mnie zaprosił i jaką dziewczyną mu się wydałam.

Jakiś czas później zaprosiłam do siebie Ewkę i Agnieszkę, która również nie miała chłopaka. Moi rodzice odwiedzali znajomych, facet Ewy musiał jechać w delegację, więc postanowiłyśmy posiedzieć w wąskim gronie i poużalać się nad sobą, bo wszystkie tego właśnie potrzebowałyśmy.

Agnieszka przyniosła trawę, a ja skusiłam się na jej zapalenie. Później raczyłyśmy się jednym z win z piwniczki taty – miałam nadzieję, że nie wybrałam zbyt drogiej butelki. Dla mnie każdy z jego trunków smakował jak skiśnięty kompot i nigdy nie rozumiałam rytuału otwierania butelki i późniejszego delektowania się winem.

To podczas tego spotkania z dziewczynami wymyśliłyśmy zemstę rodem z filmu o obłąkanych nastolatkach. Zemstę za nieprzystępność i odrzucenie moich pięknych i czystych uczuć przez Radka. Powiedziałam im tylko tyle, że chłopak odmówił mi i nie zgodził się pójść ze mną na studniówkę. To im wystarczyło, a podsycona alkoholem i trawką solidarność jajników pchnęła nas do popełnienia przestępstwa. Dosłownie!

Zgarnęłyśmy biały spray, który znalazłam w garażu taty. Kupił go, by zamalować nim odprysk lakieru w starej garażowej umywalce. Stwierdziłyśmy, że się nada. Będąc mocno podpitymi i pod wpływem marihuany poszłyśmy oszpecić samochód Radka. To było szalone!

Otaczała nas noc i cisza przerywana jedynie stukotem kulki w puszce sprayu. To było głupie, ale był to tylko niewinny początek mojej rozpędzającej się lawinowo fiksacji. Później było już tylko gorzej…

Kilka miesięcy później

Radek od roku studiował na Akademii Wychowania Fizycznego. Nadal nie miał dziewczyny albo po prostu nie dzielił się tym w social mediach. Obserwowałam go na wszystkich kontach, a poza tym codziennie wracałam do domu ścieżką, którą wytyczyłam sobie obok jego bloku.

Zaliczyłam maturę, wybrałam kierunek studiów i z boku wyglądałam pewnie jak typowa nastolatka. Wciąż jednak tkwiłam w szaleństwie, którego już nie kontrolowałam – i to ono przejęło nade mną władzę.

Każdy dzień bez Radka był torturą pełną pustki i bólu złamanego serca. Nie miałam czym oddychać i dusiłam się swoim głodem, bo prawie go nie widywałam. Raz w markecie natknęłam się na niego, gdy szedł z mamą. Jakby we mnie grom z jasnego nieba uderzył! Skamieniałam i tylko wzrok działał jak należy. Oczywiście Radek mnie nie zauważył…

To wtedy umarła ostatnia nadzieja, że to zadurzenie minie i wszystko wróci do normy. Wyraźnie widziałam, że nie ma na to szans. Byłam bezapelacyjnie zakochana chorą miłością i tylko nie rozumiałam najwyższego – dlaczego pokarał mnie tą chorobą psychiczną.

Miesiące bez jego widoku były fizyczną torturą, a dni wypełnione bezsensem i oczekiwaniem nocy pełnej snów o Radku.

Wyraźnie widziałam, że wariuję.

Poprawka – już zwariowałam!


Rozdział 3

Gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu

Obudziłem się. Otworzyłem oczy, ale otaczała mnie jedynie ciemność. Nieprzenikniona, cicha i obca. Przerażająca! Starałem się poruszyć, lecz nie potrafiłem. Coś krępowało moje ruchy. Ręce miałem czymś przywiązane nad głową po bokach… Do czego? Do łóżka?

Cholera! Byłem skrępowany!

Szarpanie się nie przyniosło żadnego efektu, a tylko zaczęły mnie boleć nadgarstki. Krzyknąłem. Głos odbił się od ścian i wrócił do mnie ze zwielokrotnioną siłą. A może tylko mi się wydawało, bo nie widziałem niczego, więc zmysły się wyostrzyły? Czekałem w ciemności, zastanawiając się czy to jawa, czy sen.

Może śpię, mam koszmar, zaraz się obudzę, a strach minie?

Na co dzień mało śniłem, więc może doświadczałem właśnie wyjątkowo plastycznego koszmaru? Nasłuchiwałem jakichkolwiek odgłosów, ale nie docierały do mnie żadne dźwięki. Kompletna cisza, jakbym był pod ziemią. Przeraziło mnie to i odruchowo znów zacząłem się szarpać. Naciągnąłem mięśnie ramion i macałem dłońmi wokół, ale pod palcami czułem jedynie gładkie, chłodne rurki. I chropowatość ściany za nią. Niedobrze, bo to oznaczało, że byłem w odosobnieniu, w którym nie dbano o szczegóły wystroju. Na przykład w piwnicy, bo była miejscem składowania niepotrzebnych przedmiotów. Tam nie ważna jest gładź na ścianach czy wymiana powietrza.

Zastanowił mnie zapach. Nie wyłapałem żadnej woni. Powietrze miało przyjemną temperaturę i nie było ani za ciepło, ani za zimno. Znaczyło to, że nie znalazłem się w zaniedbanym i zapuszczonym miejscu. To dało odrobinę otuchy. Nie za wiele, ale uczepiłem się tej myśli.

Ale zaraz! Może to miejsce, gdzie ludzie są sprowadzani i przetrzymywani, i… co dalej?! Odgoniłem obrazy tortur, gwałtu i nagrywania chorych filmów do sieci. Wiedziałem, że taki proceder ma miejsce i są świry, które bardzo dużo płacą za ich oglądanie. Macałem nadal i oceniłem, że to, co mnie unieruchamia, może być ramą łóżka. Tylko kto i po co mnie tu przywlekł? I kiedy? Jak to się stało i czemu tego nie pamiętam?! Jest niedobrze!

Coś zaszurało, dźwięk dobiegł od strony moich nóg. Szczęknął zamek, chyba ktoś przekręcił klucz w drzwiach. Rozbłysło światło, boleśnie atakując oczy przez skórę powiek. Zacisnąłem je, w końcu powoli otworzyłem i mrugałem, by przyzwyczaiły się do jasności. Musiałem zobaczyć, kto przyszedł i gdzie jestem. Strach i zdezorientowanie przyspieszyły pracę serca i miałem wrażenie, jakby pompowało krew ze zdwojoną prędkością.

W drzwiach pomieszczenia zobaczyłem drobną postać. Dziewczyna?! Zaraz, ja ją pamiętam! Wróciło wspomnienie, gdy siedziałem z nią przy niewielkim stoliku w jej pokoju. Czy to ona mnie porwała? Jak i po co to zrobiła? Sama czy ktoś jej pomagał? A może robi to na czyjeś zlecenie?

Stała z ręką na włączniku światła i nie mówiąc nic, patrzyła na mnie. Wyglądała, jakby się bała.

– Witaj – powiedziała prawie szeptem. – Jak się czujesz?

– Gdzie ja jestem?! – To pytanie wyskoczyło z moich ust bez udziału umysłu. Bałem się i potrzebowałem danych, mój mózg ich zażądał.

– Jesteś u mnie. – Ledwie ją słyszałem. – Uwięziłam cię.

Kontekst jej odpowiedzi docierał do mnie bardzo wolno.

– Że co?! – Nie potrafiłem tego zrozumieć. – Co zrobiłaś?

– Uwięziłam – odpowiedziała już z większą mocą. – Wcześniej odurzyłam i porwałam.

W głowie miałem kompletną pustkę. Co to ma znaczyć? Czy to jakiś żart? Czy ktoś się właśnie bawi moim kosztem, robiąc mi psikusa?

– Nie rozumiem. – Patrzyłem na tę drobną dziewczynę ubraną w luźne ciuchy, lekko zgarbioną i unikającą mojego spojrzenia.

Pamiętałem ją, choć zapomniałem imienia. Zaprosiła mnie na studniówkę, a ja, typowy „miłośnik” tego typu imprez, odmówiłem. Gdyby nalegała, pewnie bym poszedł, ale nie zrobiła tego. Zaprosiłem ją później na imprezę nad jeziorem, ale tym razem to ona się nie zgodziła. Stwierdziłem, że gra nie jest warta świeczki. Ani dziewczyna wystrzałowa, ani nie widziałem entuzjazmu w jej zachowaniu. Jakby tłumiła emocje albo ich wcale nie miała. Nie gustowałem w takiej powściągliwości.

To wydarzyło się jakiś czas temu. Teraz wracało to do mnie z napływem adrenaliny i uczuciem niepewności. I ze strachem, bo w końcu, do jasnej cholery, byłem przykuty do łóżka, nie wiadomo gdzie i jak długo!

– Co chcesz ze mną zrobić? – Głos mi drżał, ale nie dziwota, bałem się. W żyłach płynęła nasycona adrenaliną krew i zapewne każdy na moim miejscu czułby się podobnie.

– Chcę zabrać tydzień twojego życia – odpowiedziała. Zatkało mnie, bo nie wiedziałem, jak zinterpretować jej słowa. – Później cię uwolnię i o mnie zapomnisz.

– Co masz na myśli, mówiąc o tygodniu mojego życia? – Starałem się zadawać klarowne pytania.

Chuj wie, może była psychopatką, która chciała mnie więzić przez tydzień, a później zabić, bo taki był jej kaprys? Napłynęły scenariusze wszystkich filmów o psychopatycznych porywaczach. Praktycznie nigdy nie kończyły się dobrze, a ofiara cierpiała lub ginęła na końcu. Czy teraz ja miałem być jej zabawką? Takiej kruszyny? I co zamierzała? Tydzień życia i wolność? Jakoś mnie to nie uspokajało, brzmiało abstrakcyjnie.

– Mam zamiar przez tydzień cię tu więzić – oznajmiła zwięźle.

– Ale po co?!

Nie odpowiedziała, tylko podeszła do łóżka, na którym leżałem, i usiadła na brzegu. Wyciągnęła coś z kieszeni i sięgnęła do moich nadgarstków, po czym odpięła kajdanki.

– Chcę się tobą nasycić – odparła. – Najeść się tobą przez tych parę dni.

Zabrzmiało to jak groźba, ale i jak obietnica. Nie poświęciłem jednak analizie zbyt wiele czasu, bo moje ciało zareagowało za mnie. Zerwałem się z łóżka i skoczyłem w jej kierunku. Zagarnąłem jej kruche ciało i uwięziłem pod sobą. Docisnąłem udami jej ramiona do boków, unieruchamiając ją całkowicie. Była bezbronna, ale czy na pewno? Przecież nic o niej nie wiedziałem!

– Co teraz powiesz? – Poczułem przypływ satysfakcji wywołany zamianą miejsc.

Nie broniła się, a to źle rokowało. Czyżby miała asa w rękawie? Znała sztuki walki czy w bardziej szalony sposób zabezpieczyła się na ewentualność mojego ataku? Bo chyba nie liczyła na współpracę i to, że wysłucham ją z potulną miną i zapytam, czy mogę jej w czymś pomóc!

– Teraz nic – odparła spokojnie, choć jej oczy się rozszerzyły. – Nie wyjdziesz stąd, jeśli nie zechcę.

– A jeśli cię… – zastanawiałem się nad groźbą – …podduszę? Co wtedy?

– Możesz mnie udusić. – Jej głos nawet nie zadrżał. Zmroziło mnie, włoski na przedramionach stanęły dęba. Nie bała się mnie! – Bez kodu do zamka stąd nie wyjdziesz.

Zszedłem z niej i usiadłem obok. Podciągnęła się na łokciach, a ja całkiem niechcący zarejestrowałem kształt jej piersi. Spore. Wcześniej tego nie zauważyłem.

Przypomniałem sobie ją z dnia, gdy zaprosiła mnie do siebie. Usiadłem wtedy po przeciwnej stronie stołu ciekaw, czego ode mnie chce. Oceniłem ją wtedy jako chłodną i niezwykle opanowaną osobę. Trochę mnie to odstraszyło, bo po prostu nie znałem takich ludzi. Szczególnie dziewczyn! Te zawsze śmiały się sporo i były otwarte. Czasami nawet bardzo…

– Czy ty jesteś psychopatką? – Patrzyłem teraz na jej prawie dziecięcą twarz.

Włosy spięła w kok na tyle głowy, twarz miała nietkniętą makijażem. To też ją różniło od dziewczyn, z którymi się spotykałem. Przywykłem do tego, że były pachnące, kolorowo ubrane, czy raczej rozebrane. Kobiecym ubiorem podkreślały to, co tak bardzo różniło je od nas, facetów.

Ta dziewczyna miała na sobie luźną bluzę do połowy ud. Naciągnęła ją na kolana przyciągnięte pod brodę i objęła się ramionami. Nie wyglądała na groźną, lecz na kruchą i bezbronną. Ale widocznie nie była, bo jakoś mnie tutaj ściągnęła, a co najgorsze, nie pamiętałem tego!

– Nie wiem, czy jestem psychopatką – odparła. – Możliwe, że tak, ale to przez ciebie.

Podniosła na mnie wzrok, a ja zauważyłem kolejne szczegóły. Ogromne oczy i różowe usta. Dlaczego wtedy tego nie widziałem? Pewnie przez to, że dużo się w tamtym czasie działo. Składałem papiery na studia, ale to nie to mnie tak rozpraszało, lecz imprezy. Codziennie inna biba, każda u kogoś w domu, mieszkaniu lub na działce. Wszyscy ze starej klasy zapraszaliśmy się nawzajem, by uczcić maturę i koniec nerwówki, jaką były egzaminy końcowe. Później nadeszły wakacje, znalazłem pracę sezonową, w końcu zacząłem studia. Znów imprezy, bo trzeba było poznać nowych ludzi. Do tego masa treningów na studiach, w pierwszych miesiącach większość z nich robiona na ciężkim kacu.

– Chcesz mnie więzić przez tydzień i myślisz, że nikogo to nie zaalarmuje?

– Wiem, że nikt się nie zorientuje. – Spuściła wzrok. – Jesteś właśnie na wakacjach autostopem.

Patrzyłem na nią zaniepokojony. Faktycznie, zacząłem wakacje. Wyszedłem z domu spakowany do plecaka i miałem iść łapać stopa przed autostradą. Skąd ona o tym wiedziała?! W którym momencie przestałem pamiętać to, co się działo? Wyszedłem z domu, dojechałem na stację benzynową i… tutaj zacierały mi się wspomnienia.

– Pisałeś o tym na Facebooku – uprzedziła moje pytanie.

Czy ja miałem ją wśród znajomych? A może podszyła się pod kogoś?

– I co chcesz przez ten tydzień ze mną robić? – Bałem się jej odpowiedzi, ale to było jedyne sensowne pytanie, jakie pojawiło się w mojej głowie.

Zarejestrowałem kocioł emocji w sobie, przez które chciałem ją: uderzyć, obezwładnić lub złapać za gardło. Mógłbym to zrobić, tylko czy miałoby to sens? Nie wierzyłem, że nie przygotowała się na taką ewentualność. Musiała brać to pod uwagę. Milczałem więc, czekając na wyjaśnienia.

Nabrała powietrze i wyrzuciła z siebie odpowiedź.

– Chcę uprawiać seks – mówiąc to, śmiało patrzyła mi w oczy.

Zamurowało mnie. Milczałem, patrząc na nią bezmyślnie.

(...)