PRZEBUDZONA - rozdział 6

Rozdział 6

Początek

Musiał działać szybko. Miał niewiele czasu.

Uniósł powieki, po czym mrugał przez kilka nieskończenie długich sekund, by przyzwyczaić wzrok do widzenia rzeczywistości.

– Wypnij mnie! – wycharczał. – Pospiesz się! Wynik pozytywny!

W gardle mu zaschło, ale to dlatego, że od kilku dni nie używał strun głosowych. Chodził po jej świecie, obserwując kolejne obiekty, czekając na odkrycie tego właściwego. Robił to od wielu miesięcy i wielokrotnie się pomylił, ale teraz było inaczej i to dawało nadzieję, a wręcz go nią zalało. To musiała być ona! Niech wreszcie się uda!

– Roman jest w środku. – Michał wyjął cewnik, odpinał elektrody monitujące pracę serca, wyciągał igłę z żyły na przedramieniu. Zdjął hełm, odkleił mu przyssawki ze skroni. – Znalazłeś ją? Masz kogoś?

– Mam – potwierdził szeptem. – Jest idealna.

– Dlaczego idealna? – zapytał Michał. – Nie rób sobie nadziei...

– Sama się zabiła! – przerwał mu poddenerwowany, coraz mocniej drżąc na ciele.

Adrenalina przygotowywała go do działania, a kilkudniowy bezruch pozwolił wypocząć ciału. Teraz był gotowy, chciał już ruszać i tylko czekał na sygnał, że może się podnieść z leżanki.

– Niemożliwe! – Dłonie Michała zamarły w bezruchu. Nie mrugał z wrażenia, nawet przestał oddychać. – To niemożliwe! – krzyknął. – Nikomu się nie udało oddzielić świadomości!

– Widziałem wyraźnie świadomość, ale ta nie przejęła kontroli nad ciałem – mówił, siadając na prowizorycznej leżance. - I dobrze, bo już by nie żyła w realu.

– Nie wstawaj jeszcze. – Michał przycisnął jego ramię, widząc, że Bartek zbyt szybko się podnosi. – Podam ci jeszcze adrenalinę. Daj sobie chwilę.

– Byle szybko! – Trząsł się z emocji, zastrzyk nasilił ten stan. – Muszę ją znaleźć w przeciągu kilkunastu minut!

– Zapierdalaj! – Zbyt szybko zaaplikował sporą dawkę, która poderwała Bartka na równe nogi. – Tylko uważaj na siebie!

Ten już nie słuchał. Wciąż chwiejnym krokiem biegł w kierunku drzwi prowadzących do starego budynku, w pobliżu którego zaparkowali furgonetkę. Miało to miejsce kilka dni temu, gdy dostali cynk od kontrolera o tym, że jedna z dziewczyn wykazuje skłonność do przebłysków. Był dobrze przez nich opłacany i robił to wyłącznie dla pieniędzy. Oni za to nie robili sobie większych nadziei.

– Za minutę z ciałem od tyłu! – Michał rzucił krótki komunikat w słuchawkę telefonu. Obserwował Bartka przez okno, po stronie kierowcy. Odpalił silnik, by czekać na nich w gotowości. – Idźcie za sygnałem!

– Wyszliśmy – usłyszał w odpowiedzi.

Bartek czuł działanie adrenaliny podanej mu przez Michała i tej produkowanej przez organizm. Nie zaszczycił Romana nawet jednym słowem. Minął go w drzwiach, skinąwszy jedynie głową. Spojrzał w górę.

Pierwszych kilka schodów, które przywitały go za drzwiami numer 213, pokonał z wysiłkiem. Każdy kolejny stopień brał szybciej, pewniej, mniej się przy tym męcząc. W końcu brał po dwa na raz.

Wbiegł na piętro i zajrzał ostrożnie za drzwi. Nie spodziewał się strażników. Wszystko tutaj było zautomatyzowane. Jeśli nawet uruchomi czujnik ruchu, to ma kwadrans, nim ktoś tu dotrze, by sprawdzić co się dzieje. Z resztą ich wtyczka Roman miał zadbać o to, by tak się nie stało.

Biegł, chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu. Dopadł pierwszych drzwi i zajrzał do pomieszczenia. Znalazł sprzęt komputerowy i nic poza tym.

Kolejne pomieszczenie, a w nim urządzenia wyglądające na pompy.

Pewnie do podawania pożywienia, może odprowadzania nieczystości powstałych w wyniku przemiany materii – przypomniał sobie szkolenia, podczas których omawiano sposób działania wylęgarni.

Następna sala i jeszcze więcej elektroniki. Nie zawracał sobie tym uwagi. Musiał znaleźć inkubatory i ten, w którym była dziewczyna.

Ostatnie drzwi były właściwymi. Otworzył je i widok który zastał, wbił go w posadzkę. Niby widział to wiele razy, a mimo to każdorazowo patrzenie na proceder porażało tym, do czego nie potrafił się przyzwyczaić.

Rozciągała się przed nim słabo oświetlona hala. Jej podłogę gęsto pokrywały podłużne szklane kopuły inkubatorów, wypełnionych płynem. Spodziewał się zastać ich kilkadziesiąt, może sto, tymczasem patrzył na halę, w której ustawiono kilkaset oszklonych łóżek, z ciałami kobiet i dzieci, na nich.

Jest ich więcej, niż ostatnim razem! Dużo więcej! Po co im aż tyle?! – pomyślał, czują gorąc zalewający go od środka. – I jak ja mam ją tutaj znaleźć?! – Czuł oplatające go macki paniki, paraliżujące strachem. – Na co patrzeć?!

Odetchnął głęboko, zacisnął kilka razy dłonie w pięści, by otrząsnąć się z oszołomienia i zmusić ciało, a przede wszystkim umysł do działania. Rozglądał się zdenerwowany i pierwszym, co zwróciło jego uwagę, były czerwone lampki świecące nad nielicznymi inkubatorami.

Zupełnie, jak przy nieczynnych kasach sklepowych – przemknęło mu przez głowę.

Ruszył ku pierwszemu z łóżek, nad którym świeciła czerwień. Zajrzał przez szklaną osłonę i aż krzyknął, widząc stan fizyczny człowieka, który znajdował się w środku. Widział rozkład w zaawansowanym stadium. Skóra policzków popękała, oblepiając zęby. Wargi, niczym dwa postronki były napuchnięte i siwe. Brzuch wzdęty gazami rozkładu i oczy, te były najgorsze - pobielałe i wyłupiaste. Wyglądały, jakby miały wybuchnąć.

– Ja pierdolę – jęknął. – Weź się w garść! Natychmiast!

Zmusił zastygłe w przerażeniu ciało do działania. Nie miał czasu nawet na chwilę zawahania! Szybko spiął mięśnie i przemieścił się ku następnemu łóżku. Tu zastał odrobinę lepszy widok, któremu poświęcił jedynie kilka sekund. Patrzył w górę i na boki, szukając wyłącznie świecących czerwienią sygnalizatorów obumarłych obiektów. Wyglądało na to, że ich śmierć nie poruszała nikogo. Gdyby nie czujniki ruchu sygnalizujące wtargnięcie intruzów i system utylizujący kobiety odbiegające od norm przechowywania w hibernacji, miałby dzień, może i dwa na poszukiwania. Podejrzewał, że i kilkanaście dni nawet. Nie umarłych się tutaj obawiano, lecz żywych, mogących zagrozić interesowi i zarabianiu pieniędzy. Grubych pieniędzy.

Biegł od łóżka do łóżka, zatrzymując się na kilka sekund jedynie przy tych, na których leżały w miarę świeże zwłoki. Tracił nadzieję na powodzenie misji. Zbyt wiele odłączonych śmiercią mu pozostało. Jaka była szansa na to, że dotrze na czas do tej właśnie dziewczyny.

Ciszę pomieszczenia zakłócaną jedynie sykiem i pikaniem aparatury, przerwało głuche uderzenie. Coś plasnęło o płaską powierzchnię szkła., ktoś stuknął w szybę. Płyny imitujące te wypełniające łożysko matki, spowolniły ruch uderzeń i wygłuszyły go. Mimo to brzmiały tutaj głośno. Był to w końcu jedyny nieskoordynowany aparaturą dźwięk, jaki dotarł do uszu Bartka.

Poczuł przypływ nadziei. Skupił się na odnalezieniu źródła dźwięku. Wyglądał, niczym węszący zdobycz pies myśliwski. On szukał ocalonej.

Puścił się w kierunku, z którego jak mu się wydawało, dobiegł dźwięk życia. Pudłował, zmienił kierunek poszukiwań.

– Gdzie jesteś?! – krzyczał. – Odezwij się! Uderz jeszcze raz! Uratuję cię!

Kolejny zwrot i jeszcze jeden. Łzy złości i rozczarowania napłynęły mu do oczu. Gula paniki blokowała gardło, serce nie nadążało z pompowaniem krwi. Wiedział że jeżeli spóźni się choćby o pół minuty, dziewczyna umrze. Wybudziła się, więc czujniki potraktują ją, jako uszkodzoną istotę i przestaną podawać tlen, więc się udusi mimo, że on jest obok.

W końcu dobiegł go dźwięk uderzenia, tuż obok niego.

– Mam cię – szepnął, patrząc na dziewczynę ze snu.

Przez pięć sekund stał z dłońmi wspartymi na grubej tafli szkła i patrzył w dół, upewniając się, że to ona.

Mrugała oczami, starając się skupić wzrok, odnaleźć źródło dźwięku. Widział jej bezradne ruchy dłońmi i wyraz przerażenia na twarzy.

Bartek odblokował klamry spinające połówki grubego szła – kokonu, w którym dziewczyna była zamknięta od urodzenia. Wcisnął palce pod uchwyty na krawędzi, naparł na nie i rozsunął. Płyn chlusnął na posadzkę, zalewając mu buty i nogawki spodni. Chwilę odczekał, trzymając się krawędzi leżyska, wiedząc, że teraz łatwo będzie się pośliznąć. Płyny rozlały się na boki, po czym pociekły do rynienek w podłodze, a nimi do kratek ściekowych.

Wszystko przemyślane, niczym w fabryce – pomyślał, pochylając się nad dziewczyną. – Ale przecież to jest właśnie fabryka. Nic innego.

– Chodź – powiedział cicho, wsuwając dziewczynie ramię pod głowę. – Uratujemy cię. Przyszedłem ci pomóc – rzucał uspokajające słowa, starając się znaleźć w kadrze jej spojrzenia, po czym przekręcił ją na bok, by pomóc wykaszleć płyn z płuc, którym dotychczas były wypełnione. – Jestem tutaj dla ciebie. Nie obawiaj się. Już nigdy nikt cię do niczego nie zmusi.

Dziewczyna miała świadomość, lecz nie umiała zapanować nad ciałem. Chciała zadawać pytania, poruszyć się, spojrzeć na mówiącego do niej mężczyzny. Nie znalazła jednak połączenia ciała z umysłem. Poczuła mdłości na myśl o tym, że znów umysł oddzielony jest od członków.

– Uspokój się! – Przekręcił ją na bok, twarzą do dołu i czekał na moment, gdy złapie pierwszy w życiu samodzielny oddech.

Głos, melodyjnym brzmieniem przypominał jej człowieka ze snów. Na szczęście teraz nie poczuła obezwładniającego ją podniecenia, które w obecnej sytuacji byłoby tak nierealne.

– Nie skrzywdzę cię i nie wykorzystam – mówił niczym do wystraszonego dziecka. - Jestem tutaj po to, by cię ocalić. Wezmę cię na ręce i zabiorę w bezpieczne miejsce. Nie chcę seksu!

Ostatnie słowo wypowiedział bardzo powoli i z naciskiem. Poczuł, jak jej ciało rozluźnia się odrobinę. Nie bała się aż tak. Nie na dwieście, a jedynie na sto procent.

Otrzymaj BEZPŁATNIE e-book i audiobook!

Ta historia jest krótka i słodka, jednak to ona mnie uratowała od bezsenności, którą wywołała postępująca depresja! Jestem jej za to wdzięczna, bo to od niej zaczęła się moja pisarska przygoda.

Pobierz za 0 złotych e-book & audiobook i poznaj historię miłości, która zaczęła się na przejściu dla pieszych.

Monika Liga

Piszę od lat, a teraz również wspieram pisarzy. Moje pisanie zaczęło się od bezsenności.

Aktualizuj pliki Cookies