
Rozdział 7
Droga ku nowemu
Niósł ją ku drzwiom, ku wolności. Zbiegł po schodach i kopniakiem otworzył drzwi. Zignorował uniesiony kciuk Romana i skierował się ku ciężarówce.
Tymczasem na piętrze kompani wkładali ostygłe ciało anonimowej nieboszczki do inkubatora. Wbili jej igłę w żyłę, przykleili przyssawki czujników, najwięcej trudności sprawiło im wepchnięcie rury do gardła. Dla niepoznaki napełnili wcześniej jej płuca płynem, choć wiedzieli, że nikt nie zada sobie trudu zbadania trupa. To było tylko mięso użytkowe. Nie było sensu poświęcać uwagi nieistotnej jednostce - kobiecie. Robili to tylko na wszelki wypadek.
Jeden z mężczyzn uderzył w szybę młoteczkiem, jego diamentowym zakończeniem u podstawy na tyle mocno, by powstała szczelina. Powinno wyglądać tak, jakby tafla samoistnie pękła i się rozszczelniła.
O nagranie monitoringu mogli być pewni. Jego awarię miał zapewnić Roman i drugi człowiek, dla którego opłata za pomoc w akcji, miała być strzałem życia. Wziął pieniądze, wiedząc, że taka okazja nie trafi mu się po raz drugi. Wziął je z czystym sumieniem również dlatego, że „sprzedano” mu wersję o chęci zaspokojenia fizycznych potrzeb umierającą kobietą w realu. Uwierzył i nie miał dylematów moralnych. W końcu sam regularnie używał sobie na wirtualnych kurwach. To był jeden z najważniejszych bonusów jego pracy. Właściwie to te zabawy stały się centrum jego życia. Dla nich pracował i wykonywał nudne zajęcia, by potem móc się zabawiać, spuścić z krzyża i cieszyć tym do następnego razu. I tak w kółko.
Dla Bartka tych kilkadziesiąt metrów było wyścigiem życia. Osłabione kilkudniowym leżeniem mięśnie piekły i bolały od wysiłku. Płuca nie nadążały z dostarczaniem odżywczego tlenu do krwi. Mózg podsyłał nieistniejące ostrzeżenia, o czających się gdzieś w pobliżu zagrożeniach. Innym utrudnieniem był fakt, że dziewczyna na jego rękach była całkowicie bezwładna, toteż ciężko mu się ją niosło. Przelatywała mu między dłońmi, niezdolna do współpracy.
Od dawna przygotowywany był na tę właśnie chwilę. Ćwiczył ponad własne siły, trenując mięśnie, by były wytrzymalsze i odporniejsze, niż u większości ludzi. Był jednym z wielu, trenowany na okoliczność przebudzenia. Otrzymał od losu szansę i postanowił ją wykorzystać za wszelką cenę, dla dobra sprawy. Nie o niego tutaj chodziło!
Ignorując palące mięśnie, dobiegł do furgonetki. Gdy znajdował się kilka metrów od tylnych drzwi, te się uchyliły, a pomocne dłonie Michała pomogły mu z dziewczyną. Ułożyli ją na leżance, a Bartek pochylił się, by przypiąć ją pasami.
– Ruszamy! – Michał rzucił się ku kierownicy.
Odjechali, a na ich miejsce podjechało identyczne auto, również z napisem „Hydroserwis”. Michał musiał powstrzymywać się całą siłą woli, by nie przyspieszyć i nie rwać ulicami miasta z nadmierną prędkością. Odruch ucieczki był wręcz niemożliwy do opanowania.
Jak i inne, kursujące po Virtucity auta, serwisujące linie kanalizacyjne, klimatyzację i wewnętrzny miejski wodociąg, tak i ich auto wjechało do podziemi firmy. Nie udali się jednak, jak większość, na parking, myjnię, do podłączenia ładowania, czy przeglądu sprzętu serwisowego i naprawczego. Przejechali na najniższe, podziemne piętro, przemierzyli je i zaparkowali przy drzwiach prowadzących do szybów wentylacyjnych.
Było tu pusto, cicho, mrocznie i tylko szum klimatyzatorów i silnika elektrycznego auta, wypełniał ledwie oświetloną przestrzeń. Pojedyncze jarzeniówki gazowe błyskały i mrugały, podnosząc dodatkowo nerwowość mężczyzn.
– Ruchy! – rzucił Michał, poganiając towarzysza.
Michał wyskoczył zza kierownicy, zniknął na chwilę za drzwiami prowadzącymi w ciemny korytarz, by po chwili wrócić, pchając przed sobą wózek inwalidzki.
Nie rozmawiali, mieli to omówione po wielokroć. Michał podsunął wózek pod próg samochodu i pomógł usadzić na nim dziewczynę. Przypięli ją pasami i rozjechali się w dwie strony. Michał by odstawić samochód i wrócić do podziemia, Bartek pchał wózek w ciemny szyb wentylacyjny.
– Nie martw się. – To było pierwsze, wypowiedziane do dziewczyny zdanie od momentu, gdy opuścili wylęgarnię. – Jedziemy do lekarza. Zbada cię i podłączy do aparatury pobudzającej mięśnie. Nie próbuj mówić, bo będzie bolało. – Stanowczo nakazał, słysząc charkot, wydobywający się z gardła dziewczyny. – Musisz rozruszać struny głosowe, jak i resztę ciała. Będzie dobrze. Obiecuję!
Pogłaskał głowę dziewczyny. Palce prześliznęły się po przyklejonych do czaszki włosach.
– Jest tak, jakbyś się właśnie urodziła – mówił do niej, pchając przed sobą wózek. – Czeka cię nauka wszystkiego, począwszy od chodzenia.
Starał się okiełznać szalejące myśli. Chciał zachować profesjonalizm, być bohaterem i przyczynić się do wyzwolenia. Tę górnolotność zakłócało mu uczucie, które go ogarniało, gdy spoglądał w dół, na jej ramiona i kołyszące się poniżej piersi. Wyglądała inaczej, niż to zapamiętał z pobytu w programie.
Jest niewinna! – To stwierdzenie było pierwszym, które przyszło mu do głowy.
Była niewinna, choć zbrukano jej umysł dla własnej uciechy. Ta niewinność kłóciła się w jego głowie z kołyszącymi się na nierównościach terenu piersiami i białymi, gładkimi udami, przypiętymi pasami do siedziska.
Nie wolno mi tak o niej myśleć! – rugał siebie w myślach. – Jestem inny niż ci, którzy wymyślili wylęgarnię. Nie kieruję się podszeptami instynktu. Już nie.
Nie patrzył już w dół, lecz przed siebie. W myślach powtarzał, że oto urealnia marzenia wielu. Miał to być naturalny porządek czyli coś, co przeszło pięćdziesiąt lat temu legło w gruzach. Teraz on wykorzystywał szansę. Musiał dołożyć wszelkich starań, by wytrwać na wyznaczonej mu drodze. Nawet za cenę własnego życia!
Dotarli do zawalonej ściany. Gdyby nie znał tego miejsca, stwierdziłby, że znalazł się w ślepym zaułku.
Czekano na nich, a informację o jego przyjeździe przekazano drogą radiową. Kawał popękanego, litego betonu odsunął się, zza niego słabo pojaśniało.
– Jesteście! – Pełne ulgi stwierdzenie dobiegło ich z półmroku. – Daj dziewczynę i wózek.
– Ja ją zaniosę! – powiedział to głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Weźcie wózek – dodał łagodniej.
Jeden z mężczyzn poszedł przed nim, drugi młodszy złożył wózek, przeciągnął go przez prowizoryczne drzwi, po czym je zamknął i zaryglował. Był najmłodszy i szedł spory kawałek z tyłu, choć bardzo chciał ich dogonić, by przyjrzeć się tej prawdziwej kobiecie. Tej przebudzonej. Istniała możliwość, że może nie mieć już po temu okazji. Nie było wiadomo, czy uda się jeszcze jakąś wybudzić i czy ta przeżyje.
Droga się ciągnęła, prowadząc w dół, a nieliczne lampy przywieszone na poszarpanych ścianach, ledwie rozjaśniały ciemność. Tyle, by idący się nie przewrócił, widząc kierunek, w którym należy podążać.
Była to stara kopalnia. Zniszczona i celowo częściowo zawalona przez członków ruchu oporu. Nie opłacało się jej odnawiać, bo była zabytkiem i nikomu nie były potrzebne już dobra kopalniane. Energię pozyskiwano inaczej, więc władze nie widziały powodu, by inwestować w przestarzałe technologie.
Mijali zapadnięte belki, podpierające miejscami sufit i zasypane przejścia odbijające w bok. Betonowe, najeżone powyginanymi prętami bloki zastępowały drzwi. Jedne otwierało się bez wysiłku pod warunkiem, że odmykający wiedział, gdzie odblokować zaczep maskujący przejście. Przy innych musieli we dwu naprzeć całym ciężarem, by ustąpiły i pozwoliły przetoczyć ich skrzydło po prowadnicy, aby przejść dalej.
Bartek ze zdziwieniem stwierdził, że natarczywe przyglądanie się nagości niesionej przez niego kobiety, najzwyczajniej w świecie go wkurza. Odbierał błądzący po jej ciele wzrok towarzyszy, niczym fizyczną ingerencję. Chciał ją chronić, również przed niepożądanym spojrzeniem.
Przy jednym z przejść ukucnął, posadził dziewczynę na ziemi przed sobą, wspierając jej głowę na swoim torsie i trzymając ją między rozwartymi kolanami. Zdjął przez głowę bluzę i założył ją jej ostrożnie, naciągając tak, by zakryła ją do ud czyli to, co tak bardzo różniło ich płeć.
Chwila, w której ich spojrzenia na moment się spotkały, miała mu zapaść na zawsze w serce. Dojrzał wyraz ulgi i wdzięczności. Po policzku kobiety płynęły łzy prostymi strumyczkami do miejsca, w którym oparta była o jego tors. Aż go zadławiło nieznane mu uczucie, przyspieszając bicie serca.
– Już niedaleko – szepnął z ustami przy czubku jej głowy. – Będziesz bezpieczna. Dopilnuję tego, nawet za cenę własnego życia. Do tego byłem szkolony.
Ostatnie zdanie powiedział wbrew temu, co poczuł. To była dziwna tęsknota w sercu i przeświadczenie, że oto znalazł cel swojej egzystencji. Nie chciał czuć czegoś tak intensywnego i aż mu się niedobrze zrobiło z nadmiaru emocji. Miękkość, którą miał pod palcami dłoni przyciągała go i świerzbiła w opuszkach. Najchętniej dotykałby jej, dla samej przyjemności poznawania czegoś tak naturalnie zmysłowego.
Potrząsnął głową, by odegnać myśli. Dezorientowała go ta gonitwa w mózgu. Nie chciał być tak niepoukładany. Wyłącznie działanie zgodne z planem gwarantowało powodzenie misji!
Minęli ostatnie drzwi i kolejny człowiek dołączył do pochodu. W powietrzu aż czuć było podekscytowanie tak ważnym wydarzeniem.
Doszli do stalowych, ażurowych, otwieranych w górę wrót i przepaści za nimi. Drzwi rozchylono ręcznie. Nad niknącym czernią otworem szybu windy górniczej, przerzucono dwie deski i to po nich mężczyźni powoli kolejno przechodzili.
Bartek mocniej przycisnął do siebie dziewczynę i zdecydowanym krokiem pokonał metry, zawieszone nad setkami metrów czeluści, prowadzącej w głąb ziemi. Dalej czekało na niego kilka metrów korytarza za szybem i kolejne drzwi.
Te otworzył ktoś od wewnątrz. Usłyszeli odblokowanie ciężkiej zasuwy i skrzypienie, gdy metalowa połać uchyliła się do środka.
Wychyliła się pomarszczona, bardzo stara twarz. Badawczym wzrokiem powiodła po czterech mężczyznach i zatrzymała się na osobie trzymanej przez Bartka. Rysy twarzy wydłużyły się, oczy rozchyliły z zdziwieniu. Przez dłuższą chwilę wszyscy trwali w niezmienionej pozie do momentu, gdy jeden z nich odchrząknął zakłopotany.
– Tylko ty – zabrzmiał cichy rozkaz starego człowieka, wskazującego Bartka. – Połóż ją na stole i wyjdź. Zaczekasz za drzwiami.
Bartek wszedł, patrząc na kamienny stół, nakryty srebrnym, metalowym blatem. W pomieszczeniu jaśniało wiele lamp, było ciepło i wyjątkowo świeżo. Pomyślał, że pewnie doprowadzono tu odrębną wentylację. Znajdował się w lecznicy, najważniejszym miejscu podziemia.
Starzec niecierpliwymi gestami dłoni wygonił z pomieszczenia pomocników, po czym spojrzał z niechęcią na Bartka.
– Kazałem ci ją położyć i wyjść – zwrócił się do niego.
– Nie mam mowy – odparł spokojnie, śmiało patrząc staremu w oczy. Mocniej przycisnął do siebie kobietę. – Odnalazłem ją i będę chronił. Gdzie ona, tam i ja.
Starzec celnie odczytał zacięcie w oczach młodzieńca. Zmarszczył czoło, zastanawiając się, ile w jego zachowaniu jest poświęcenia dla sprawy, a ile instynktu, który każe mu chronić słabszą jednostkę - kobietę.
Oto wygrywa natura – szepnęło mu w głowie. - Czyli się zaczęło!
– Więc zostań – westchnął, podchodząc do leżanki.
Oświecił górną lampę i ze zniecierpliwieniem spojrzał na mężczyznę, dając mu tym samym znać, że czeka, by zbadać znalezisko.
Z niechęcią graniczącą ze wstrętem, Bartek uwolnił wiotkie ciało, kładąc je na chłodnej powierzchni.
– Zdejmij z niej tą szmatę – rozkazał starzec. – No już, muszę ją zbadać!
Zniecierpliwił się, widząc ociąganie w zachowaniu Bartka. Ten zacisnął pięści, lecz rozluźnił je. Aż bolała go szczęka ud ucisku, tak zdenerwował się tym, że ktoś chce ją oglądać nagą.
Starszy człowiek westchnął, widząc reakcję Bartka. Napłynęły wspomnienia czasów, gdy sam tak reagował. Był w podobnym wieku i działo się to również przez kobietę.
– Zrób to, ja przygotuję aparat do elektrostymulacji nerwowo - mięśniowej. – Odwrócił się plecami, by dać im odrobinę intymności.
– Nie bój się. – Bartek pochylił się nad dziewczyną tak, by znaleźć się w kadrze jej oczu. – Jestem przy tobie. Będziesz miała pobudzane mięśnie. Trochę dziwne uczucie, ale najskuteczniejsze, jeśli chcesz mieć władzę nad ciałem. Będę cały czas obok.
– To zaczynamy – starzec z zachwytem przyglądał się odsłanianemu ciału. – Prawdziwa kobieta – westchnął wzruszony, oczy zaszły mu łzami. – Jak oni mogli zabrać nam coś tak wspaniałego? Najwspanialszego! Powinniśmy ich za to zgładzić. – Dotknął brzucha kobiety opuszkami palców i cofnął gwałtownie dłoń, jakby dziewczyna miała przez to za chwilę zniknąć. – Ty tego nie znasz, chłopcze – mówił do Bartka, lecz nie odrywał zachłannych oczu od dziewczyny. – Dla tego uczucia mężczyźni mogli przenosić góry, dać się zabić i sami zabijać. – Znów ostrożnie powiódł palcami po skórze, przełknął głośno ślinę. Nie udało mu się powstrzymać łzy wzruszenia. – Zabijali dla kobiet, ale nie było niczego ważniejszego, dla czego warto było poświęcić wszystko, włącznie z życiem.
Bartek stanął z boku łóżka. Trzymał dłoń dziewczyny, gdyż czuł wewnętrzną potrzebę uspokojenia jej i ciągłego zapewniania, że jest obok. Walczył z uczuciem które spinało mu mięśnie, zaciskało szczęki, gdy palce starca dotykały uratowanej.
To była jego kobieta!
Aż się wzdrygnął, uświadomiwszy sobie, że na chwilę zawładnął nim instynkt.
Nigdy więcej! – przyrzekł sobie w myślach.
Wypuścił drobną dłoń spomiędzy palców i postąpił kilka kroków w tył.
Otrzymaj BEZPŁATNIE e-book i audiobook!
Ta historia jest krótka i słodka, jednak to ona mnie uratowała od bezsenności, którą wywołała postępująca depresja! Jestem jej za to wdzięczna, bo to od niej zaczęła się moja pisarska przygoda.
Pobierz za 0 złotych e-book & audiobook i poznaj historię miłości, która zaczęła się na przejściu dla pieszych.
Monika Liga
Piszę od lat, a teraz również wspieram pisarzy. Moje pisanie zaczęło się od bezsenności.
Copyright © 2025 | www.poprostupisz.pl