PRZEBUDZONA - rozdział 8

Rozdział 8

Nieznane

Trzymał się z boku przez całe dwie minuty do momentu, gdy pierwszy stymulujący mięśnie plaster wysłał impuls, napiął ścięgno i sprawił dziewczynie ból. Jęknęła, zaciskając powieki. Bartek zbliżył się na tyle, by mogła go widzieć. Z resztą jakimś cudem przechyliła głowę, szukając go wzrokiem.

Strach przed nieznanym i bezwładnością ciała, zawładnął nią całkowicie. Jedynym, co pozwalało pozostać przy zdrowych zmysłach był mężczyzna, który ją tutaj przyniósł. Wyjął z tego dziwnego, płynnego więzienia, a wcześniej towarzyszył w sklepie podczas gdy ci mężczyźni…

Zacisnęła powieki, starając się odegnać obrazy, nawracające jej świadomość ku tamtym wydarzeniom.

Drugą myślą była ta, że on też tam był! Właśnie to do niej dotarło, że był tam! Widział ją, a ona zarejestrowała jego. Nie robił tego co pozostali mężczyźni. On stał i się przyglądał i mogłaby przysiąc, że widziała w jego spojrzeniu smutek.

Rozmyślania przerwało nagłe ukłucie bólu. Było tak dojmujące i fizyczne, że aż jęknęła cicho. Dźwięk powstał w umyśle, gardło wciąż nie miało z nim połączenia. Jakimś cudem udało jej się odszukać wzrokiem mężczyznę i ulga, jaką w tym momencie poczuła, zdziwiła ją samą. Stał się dla niej jedynym realnym elementem otaczającego ją świata. Tego świata. Tylko czym ten świat był? Gdzie się teraz znajdowała?

Pamiętała przecież raptem niespełna dwa dni swojego życia. Właściwie ten przerażający dzień i poprzedzającą go noc. Możliwe, że to był tylko sen! Jak to się mogło stać? Musi się dowiedzieć, zapytać go o to. Musi zacząć mówić.

Obróciła ku niemu głowę, lecz to ten drugi, starszy człowiek, zaszemrał ochrypniętym głosem.

– Zanim włączę elektrostymulację, słuchajcie mnie oboje – mówiąc, przyklejał na jej ciało miękkie przyssawki. Od nich ciągnęły się cienkie kabelki, łączące w jeden grubszy i niknące w sporych rozmiarów aparacie. – Przez najbliższych kilka dni będziesz poddawana zabiegom. Postaram się, byś spała jak najwięcej. Odrobina leków pomoże ci się rozluźnić. Zapewniam cię, że nie będziesz śniła, więc się nie obawiaj, że spotka cię cokolwiek z tego, co pamiętasz. Jeśli rozumiesz, co do ciebie mówię, mrugnij oczami.

Kosztowało ją to sporo wysiłku i zszokowała trudność, jaką sprawiło coś tak banalnego, jak poruszenie w kontrolowany sposób powiek. Udało się jednak.

Starzec wycofał się z kadru jej oczu. Widać było, że jest zadowolony.

– Wspaniale. – Nie krył radości. – Słuchaj więc dalej – zwrócił się bezpośrednio do niej. - Wiem, że masz mnóstwo pytań i chciałabyś wiedzieć, co się z tobą dzieje.

Ucieszyła się, że wreszcie dowie się czegoś o stanie, w którym tkwi jej ciało i tym, co zapadło uczuciem wstrętu w pamięć.

– Musisz jednak zaczekać do momentu, aż odzyskasz sprawność fizyczną. Przynajmniej częściowo. – Zgasił jej nadzieje tym jednym zdaniem. – Będziesz pod stałą opieką Bartka. Dopilnujemy, byś była bezpieczna i w spokoju wracała do sił. Przygotowywaliśmy się do twojego przybycia od bardzo dawna. Szybko postawimy cię na nogi, ale od ciebie będzie zależało, jak prędko zaczniesz z nich korzystać. Odpoczywaj więc.

Znów się nad nią nachylił i ujrzała jego pełne mieszaniny radości i smutku spojrzenie. Chwilę później odpłynęła w niebyt, we wspomagany farmakologicznie sen. Wszystko po to, by wzmocnić efekt leczniczego działania zabiegów. Potrzebowała sił do tego, czego miała dokonać. Dużo sił.



***



Bartek spędził długie godziny przy łóżku dziewczyny. Siedział na niewygodnym, metalowym krześle, na którym przysypiał na kilka chwil, by ponownie zapaść w stan podobny do letargu. Przyglądał się stymulowanym mięśniom, coraz mocniej odznaczającym się pod gładką skórą. Potrafił godzinę patrzeć na udo i mięsień krawiecki, drgający w takt dawkowanych mu impulsów elektrycznych.

Minął dzień i kolejny. Pory dnia zatarły się już po pierwszej drzemce, w którą zapadł, kładąc się na drugiej leżance, ustawionej obok dziewczyny. Nie opuszczał pomieszczenia nawet w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Przenośna toaleta musiała wystarczyć. Nie stanowiło to dla niego zbytniego dyskomfortu. Od lat przygotowywał się do tego, co miało nastąpić.

Pomiędzy drzemkami, posiłkami i bezczynnym przyglądaniem się kobiecie, ćwiczył. Zestawiał z sobą dwa krzesła, czasami posiłkował się leżanką i wzmacniał mięśnie. Dzięki wysiłkowi nie zapętlał złowróżbnych myśli o tym, że nie uda mu się jej wyprowadzić z podziemia, bądź że zostanie zdemaskowana i zabita.

– Dzielna dziewczyna – powtarzał starszy człowiek, odwiedzając pomieszczenie kilkanaście razy dziennie. Zmieniał program stymulujący kolejne partie mięśni, wymieniał kroplówki i opróżniał worek z moczem. – Jutro ją wybudzimy. – Pogłaskał gładkie czoło leżącej. – Później zaczyna się twoja rola – zwrócił się do Bartka.

Bartek nie odpowiedział. Czuł ekscytację związaną z nadchodzącym zadaniem. Wreszcie znajdą się na powierzchni ziemi, zobaczą słońce. Cóż, że przez osłonę. To i tak lepsze, niż przebywanie w podziemiach.



***



Budynek, w którym Bartek mieszkał od dłuższego czasu, był gęsto zaludniony. Zamieszkiwali go najmniej zarabiający obywatele Virtucity. Był długi na półtora kilometra, wysoki na dwadzieścia kondygnacji, z niewielkimi mieszkaniami, które przypominały odrobinę bardziej luksusowe cele więzienne. Różniły się od zwykłych tym, że mieszkańcy mogli opuszczać swoje cztery ściany i w miarę swobodnie przemieszczać się po ogólnodostępnej części miasta. Jedynymi wygodami w mieszkaniach, był kącik kuchenny i sanitarny. Wąskie łóżko w jednoosobowym i dwa osobne, w dwuosobowych mieszkaniach.

Długie, przeszklone balkony ciągnęły się wzdłuż całego budynku, dziewiętnaście, jeden pod drugim. Kilka wind zewnętrznych przecinało je pionowymi słupami, pnąc się przez wszystkie kondygnacje. Gdy stało się u podnóża budynku, czuć było przytłaczający ogrom bryły, ale przede wszystkim przesycenie bytów ludzkich, zamkniętych w jej murach. Zbyt wielu ludzi mieszkało w niewielkich sześcianach mieszkań, wyłącznie mężczyźni. Patrząc z dołu betonowego masywu, było się niczym maleńka mrówka.

Bartek po raz pierwszy od uwolnienia dziewczyny zostawił ją samą, pod opieką starca. Nie chciał tego. Targał nim wewnętrzny, wręcz fizyczny opór. Musiał jednak sprawdzić mieszkanie, które mieli zająć.

Wjechał na ostatnie piętro i markując zmęczenie przygarbioną postawą, powlókł się długim korytarzem. Miał ochotę pobiec, wpaść do zajmowanego lokum, sprawdzić stan rzeczy i pognać z powrotem. Nie mógł tego zrobić, bo wywołałby tym zainteresowanie, przyciągnął uwagę, a przecież miał pozostać niewidoczny. Ubranie robotnika i zabrudzenia na twarzy, pomagały wtopić się w szarość mieszkańców mrówkowca. I tylko oczy mogły zdradzić stan ekscytacji, którego poziom inni osiągali wyłącznie po podłączeniu do „wylęgarni”. Ci, których było na to stać.

Po nieskończenie długich trzech kwadransach, Bartek zjechał windą na dół. Cieszył się, że mieszkanie znajdowało się tak blisko miejsca, w którym zostawił kobietę. Uniform firmy Hydroserwis, w który był ubrany, gwarantował mu względne bezpieczeństwo, gdy podążał korytarzami firmy. Musiał zejść do podziemi. Być może po raz ostatni. Przynajmniej, na jakiś czas.

– Możemy iść – oznajmił staremu lekarzowi, wchodząc do pomieszczenia, w którym spędził ostatni miesiąc.

– Dobrze. – Tamten nie próbował ukryć zdenerwowania. Poczochrał czuprynę, przejechał wnętrzem dłoni po twarzy, by po chwili podrapać się po karku. – Dziewczyna jest w miarę gotowa. Jeszcze tylko ją przybrudzimy i polejemy alkoholem.

– Tak jest.

Wszystko było przećwiczone, wielokrotnie omówione i wyuczone, niczym rola w teatrze.

– Powodzenia. – W oczach starca zalśniły łzy. – Trzymam za was kciuki. Całym sercem jestem w wami. Wszyscy jesteśmy.

Bartek w odpowiedzi kiwnął głową. Czuł ciężar odpowiedzialności za to, co miało się dziać za chwilę i, oby, w kolejnych dniach. Podszedł do leżanki, na której, lekko chwiejąc się na boki, siedziała dziewczyna. Trudno było rozpoznać w niej kobietę. Głowę okrywał kaptur, a luźna bluza, silikonowa proteza brzucha i ramion, imitowały otyłość. Opasły, dopięty pod odzieżą, maskował biust i kobiece krągłości. Teraz dodatkowo ubrudzili jej twarz i polali ją alkoholem, oraz stęchłą, śmierdzącą wodą.

– Co to? – jęknęła wciąż trochę bełkotliwie. Nie odzyskała jeszcze zupełnej kontroli tak nad ciałem, jak i nad strunami głosowymi.

– To dla niepoznaki. – Bartek przełknął ślinę, starając się oddychać przez usta. – Maskujemy cię. To dla twojego bezpieczeństwa. Chodźmy.

Pozwoliła się postawić na podłodze. Ćwiczyła po wielokroć powolne chodzenie, ale wciąż się chwiała i bolało ją przy tym ciało, a mięśnie paliły żywym ogniem. Postąpiła w przód, podpierana opiekuńczym ramieniem Bartka.

- Możemy iść – powiedziała odważnie, choć czuła jedynie strach i obawę przed tym, co czeka na nią za drzwiami.

- Dobrze – szepnął cicho, starając się okiełznać natłok uczuć, które każdorazowo go ogarniały, gdy mógł jej dotknąć, gdy miał ją tak blisko siebie.

Wyszli chwiejnym krokiem. Gdy zamykały się za nimi drzwi, starzec się przeżegnał.

– W was nasza nadzieja – szepnął pod nosem na tyle cicho, by go nie usłyszeli.

Przechodząc nad przepaścią szybu kopalnianej windy, Bartek zarzucił sobie dziewczynę na ramiona i przeniósł, niczym worek kartofli. Nie była ciężka, za to była cenna.

Opuścili podziemie, ale tym razem Bartek wybrał inne wyjście. Trochę bardziej niebezpieczne, bo znajdowało się w środku Virtucity.

Jedno z odnóży podziemnego korytarza pięło się schodami w górę i prowadziło do knajpianej piwnicy. Pokonanie wysokich schodów było dla dziewczyny trudne. Sapała, wspinając się po kolejnych stopniach, ale się nie poddawała i tylko się kilkukrotnie zatrzymali, by mogła uspokoić rozszalałe wysiłkiem serce. Nie pozwoliła się na nie wnieść, co tylko wzbudziło podziw Bartka, bo zdawał sobie sprawę, że ból towarzyszący pierwszej w jej życiu wspinaczce musi być wycieńczający.

Przeszli ciemnym korytarzem w kierunku knajpy, przez którą musieli przejść, by wydostać się na powierzchnię miasta. Właścicielem był członek ruchu oporu i to przejście było wykorzystywane jedynie w nagłych wypadkach. Ten taki właśnie był.

Bartek zarzucił sobie ramię dziewczyny za szyję, sam objął ją jeszcze mocniej w pasie.

– Patrz w dół i nie spoglądaj nikomu w oczy – nakazał. – Kiwaj się, jak w tej chwili, a gdyby ktoś próbował zagadać, to bełkocz coś pod nosem. Byle grubszym głosem. Najlepiej jednak będzie, jeśli nic nie powiesz.

Zarówno smród ciał, jak i chora otyłość były czymś zwyczajnym. Dzięki temu o wiele mniej raziła, niż gdyby ubrano dziewczynę jedynie w same łachmany. To, że kiwała się na boki, upodobniało ją do reszty jeszcze bardziej. Alkohol był substancją, na którą stać było praktycznie każdego. Ten rodzaj płynnego znieczulenia był trunkiem powszednim, niedrogim i spożywanym przez wszystkich w nadmiarze. Bogatsza część społeczeństwa unikała go, racząc się tylko czasami jego bardziej ekskluzywnymi odmianami. Oni nie musieli zapijać swojego losu. Nie był tak marny, jak ten mężczyzn z nizin społecznych, czyli robotników. Robali, tak ich nazywano i podobnie traktowano, nie przejmując się ich losem. To w tę warstwę społeczną miał się wtopić Bartek i prowadzona przez niego dziewczyna.

Naciągnął jej głębiej kaptur na głowę i poprowadził na knajpiane zaplecze. W momencie gdy przestępowali próg, wchodząc do zaludnionej sali, przeżegnał się w duchu. Prowadził ją wprost do wyjścia. Po drodze przechwycił spojrzenie właściciela, który był częściowo wtajemniczony w akcję. Tak naprawdę to niewielu ludzi wiedziało o przebudzeniu w wylęgarni. Tak było lepiej i bezpieczniej.

Minęli kolejne drzwi i znaleźli się na zatłoczonej ulicy miasta. Wszędobylski smród i ciemne od dymu powietrze, współgrało z ich zapachem i wyglądem. Nie wyróżniali się niczym spośród mijających ich mężczyzn. Podobnie nieczyści i upojeni alkoholem. Bełkotliwi, głośni, lub śpiący gdzie popadnie. Być może niektórzy już martwi.

Władze miasta wspierały niszczenie samych siebie, wychodząc z założenia, że ogłupiałymi, schorowanymi, czy odurzonymi obywatelami rządzi się łatwiej. Tak było w istocie. Wystarczyła obniżka cen alkoholu, by jego sprzedaż wzrosła, a wraz z nią śmiertelność mieszkańców. Nie wszystkich sfer ludności bo ci lepiej sytuowani żyli w górnych partiach miasta, tuż pod powierzchnią kopuły. Tam powietrze było czyste, roślinność gęsta, przestrzeń życiowa opływała w luksusy.

Bartek z dziewczyną przemieszczali się po najgorszej okolicy. Wybrał ją przez wzgląd na łatwość, z jaką mogli się tutaj ukryć. Osłabione zmysły mieszkańców nie zwracały oczu ku dwu mężczyznom, wyglądającym na mocno pijanych, ledwie utrzymującym się na nogach.

Z sercem na ramieniu przeciskał się pomiędzy rozwrzeszczanymi opojami, stojącymi na chodniku, nad dziurą w resztkach asfaltu, pokrywających jezdnię. Potężna wyrwa na jej powierzchni wypełniona była gęstą breją, burego koloru i niewiadomej głębokości.

Dziewczyna zadrżała, słysząc obleśny rechot jednego z pijanych ludzi, który mocno gestykulując, otarł się o nią i tracąc równowagę, wpadł do brei. Bartek zerknął w bok na człowieka, który zniknął pod powierzchnią. Nie wynurzył się, nikt nie rzucił mu się na ratunek, niewiele robiąc sobie z jego śmierci.

Poczuł obrzydzenie na myśl o znieczulicy, która ogarnęła miasto. Zacisnął zęby, mocniej objął drobną dłoń dziewczyny na swoim karku i niczym taran, parł ku blokowisku. Tak nazywano bryłę budynku, zamieszkiwanego przez najbiedniejszych.

Przywołał windę, wsiadł do niej i użył całej siły woli, by powstrzymać odruch wymiotny. Mocz na ścianach, czyjeś wymiociny na podłodze i odór tanich papierosów, tworzyły ohydną mieszankę woni. Zamknięcie w niewentylowanym, szklanym i nagrzanym pomieszczeniu, zakisiło dodatkowo smród.

– Spokojnie – szepnął, czując, że dziewczyna drży. – Za chwilę znajdziemy się w mieszkaniu. Tam będziesz bezpieczna.

– Dobrze – odparła dzielnie, jednak głos jej drżał.

W korytarzu minęli dwóch kłócących się mężczyzn. Jeden krzyczał, drugi groził mu nożem. Bartek ocenił, że nie stanowią dla nich zagrożenia. Podobnie jak leżący pod ścianą człowiek, z plamą moczu ciemniejącą na szarych, roboczych spodniach.

To było dobre – złe miejsce. Slumsy, w których nikt ich nie będzie szukał. Nawet starzec nie wiedział, gdzie zamieszkają.

Dotarli do ostatnich drzwi. Posadził dziewczynę na podłodze, oparł plecami o ścianę. Podtrzymał kolanem tak, by nie osunęła się twarzą na ziemię.

Była osłabiona, a wewnętrzny dygot ogarniał całe jej ciało. Nadmiar emocji spowodował, że żołądek podszedł jej do gardła i oddychała płytko. Dźwięki które mijała, gdy szli i te, które dobiegały z miejsc znajdujących się poza zasięgiem jej wzroku, przyprawiały ją dreszcze strachu. Wszystko nowe, inne, obrzydliwe, a jednak krzyczące o uwagę. Nie wolno jej jednak było się rozglądać, nakazano udawanie niewidzialnej. Za chwilę mieli być bezpieczni.

Bartek przekręcił klucz, otworzył drzwi i zajrzał do środka. W pomieszczeniu było pusto. Pochylił się, wciągnął dziewczynę przez próg, jak robi się z bezwładnym pijanym człowiekiem i kopniakiem zamknął grube, metalowe drzwi.

– Jesteśmy bezpieczni – odetchnął z ulgą.

Od momentu jej uwolnienia, powtórzył to po raz enty.

Przekręcił dwie zasuwy, założył sztabę i kolejną, dodatkowo zaciągnął grubą kotarę. Byli bezpieczni.

Otrzymaj BEZPŁATNIE e-book i audiobook!

Ta historia jest krótka i słodka, jednak to ona mnie uratowała od bezsenności, którą wywołała postępująca depresja! Jestem jej za to wdzięczna, bo to od niej zaczęła się moja pisarska przygoda.

Pobierz za 0 złotych e-book & audiobook i poznaj historię miłości, która zaczęła się na przejściu dla pieszych.

Monika Liga

Piszę od lat, a teraz również wspieram pisarzy. Moje pisanie zaczęło się od bezsenności.

Aktualizuj pliki Cookies